Nikt, absolutnie nikt nie może dać nam szczęścia, jeśli sami nie potrafimy go sobie dać. Całe życie szukałam go na zewnątrz, nie zauważając, że jest tylko w jednym miejscu… we mnie. W akceptacji, w odpuszczeniu, w zrozumieniu schematów, które powtarzam i które mnie niszczą. Odsuwałam na bok doświadczenia dające mi spełnienie i radość, za to z czułością pielęgnowałam swoje bóle i traumy. Nie chciałam dostrzec, ile mam, jak wiele już zrobiłam i jak wiele dobrego mnie spotyka. Mimo że na mojej drodze pojawiali się toksyczni ludzie, tych dobrych zawsze było więcej. Czasem jednak czarne chmury w naszej głowie potrafią skutecznie zasłonić piękno spokojnej codzienności.
Moje plecy znowu „gruchnęły” 10 dni temu. Najwyraźniej nie są w stanie dźwigać tylu obciążeń, którymi je obarczyłam. Skupiłam się tak bardzo na tym, co złe, że mój umysł nie znalazł już siły, by cokolwiek pociągnęło go w górę. Nie zostawiłam sobie przestrzeni, by dostrzec to, co dobre. To był błąd. Za dużo czasu spędziłam na autodestrukcji i rozdrapywaniu starych ran, zamiast cieszyć się dobrymi wspomnieniami i szukać w nich siły.
Dlaczego tak łatwo odsuwamy od siebie wszystko, co dobre, a przytulamy do serca to, co boli? Nie mam pojęcia. Ale wiem jedno – koniec z pielęgnowaniem bólu. Koniec z katowaniem umysłu i ciała doświadczeniami, nad którymi powinnam przejść obojętnie, bo po co je rozpamiętywać? Z przeszłości powinniśmy zabrać tylko to, co się udało, wyciągnąć wnioski z tego, co nie wyszło i iść dalej.
Ostatnio zauważyłam, jak wiele propozycji dostaję, jak często dzwoni telefon, jak wiele możliwości się pojawia. Kiedy pielęgnowałam swoje bóle i przestałam wierzyć w siebie, okazało się, że ludzie i świat wierzyli we mnie kilkakrotnie bardziej, niż ja sama. Nie wiem, kiedy to się dzieje… ten moment, w którym zapominamy o własnej wartości.
Zawsze mi za mało… i dlatego mój mąż powiedział niedawno, że musi być mi ciężko tak żyć, nigdy nie zauważając, że coś zrobiłam wystarczająco dobrze. Widzę tylko to, co nie było idealne i to, co się nie udało. Tak samo patrzę na całe życie. Zapominam, że wracam do pięknego domu, mam cudownego męża, pracuję z fantastycznymi ludźmi, mam rodzinę, której sama mogłabym sobie zazdrościć, przyjaciół, do których zawsze mogę zadzwonić, sąsiadów, z którymi można się pośmiać i odpocząć. Bałagan w firmie? Znalazłam sposób, by go ogarnąć. Zdrowie? Dwie operacje i wrócę do formy. Z wszystkiego, co było nie tak, znalazłam jakieś wyjście. Tak, brak pełnej sprawności i ciągły ból fizyczny ciągną mnie w dół, ale z drugiej strony, jak ogromnym błogosławieństwem jest praca zdalna i ludzie, dzięki którym nigdy nie czuję się sama.
Powinnam cieszyć się z tego, co mam, z tego, co potrafię i z tego, co jeszcze przede mną. Skupić się na karmie, bo skoro tak wiele dawałam, to może właśnie zaczyna do mnie wracać. Przecież w styczniu odebrałam nagrodę Liderki Biznesu, a w maju czułam się jak bezwartościowe popychadło systemu. Zbyt szybko tracę wiarę w siebie.
Co przede mną? Praca nad własnym szczęściem i wdzięcznością. Muszę nauczyć się nie tylko doceniać to, co mam (a mam wiele), ale też nie pogrążać się za każdym razem, gdy coś stracę. Muszę wreszcie przestać karać się za pomyłki i złe wybory, a zacząć kochać siebie – przede wszystkim za odwagę, jaką mam, by wciąż próbować i się nie poddawać. Czas powiedzieć sobie: „Marta, jest dobrze. Ty też jesteś dobra. I przede wszystkim – jesteś wystarczająca.”
fot. Matylda Hojnor