Blog

Warszawskie znaczy lepsze?

My w Podlaskiem najmniej wierzymy w swoje kompetencje i firmy z regionu, jednocześnie narzekając, że jesteśmy traktowani jak firmy z Polski B. Jednak, by wyjść z postrzegania przez innych Podlaskiego jako zaścianka Polski i kawałka prawie że Białorusi, musimy najpierw sami siebie zacząć postrzegać inaczej. Właśnie w tym miejscu zauważam dziurę, głównie bazując na dwóch przykładach.

Po pierwsze — by ktoś nas zauważył na Podlasiu czy w Białymstoku, najpierw musimy zaistnieć w Warszawie lub na arenie międzynarodowej. Spójrzmy na przyznawane nagrody, honorowe wyróżnienia. Rzadko dotyczą osób, które działają lokalnie. Najczęściej najpierw zauważa je świat, a później własne środowisko. Własne środowisko — nieważne, czy artystyczne, biznesowe, medyczne czy naukowe, rzadko kogoś wspiera i pomaga mu się wybić. Częściej rywalizuje lub bagatelizuje czyjeś umiejętności, z w zasadzie niezrozumiałych dla mnie przyczyn. Zazdrość? Być może. Ale nie mamy w żyłach chęci wspierania swoich przed sukcesem, raczej przywiązujemy się do już osiągniętego i bardzo lekko się podczepiamy.

Po drugie — cytując: „pracuję z warszawską agencją”… Jakbyście wiedzieli, jak często to słyszę. Ironia polega na tym, że warszawskie firmy pracują z Podlaskiem, z Białymstokiem, bo jest taniej. Dlaczego taniej? Nie przez brak kompetencji, lecz przez niższe koszty utrzymania firmy. Po pierwsze, tańsze biura i usługi, które wynikają też z niższych kosztów pracowniczych. Niższe koszty pracownicze wynikają z tego, że życie jest tańsze, np. zakup mieszkania w Białymstoku vs mieszkania w Warszawie, jagodzianka w Białymstoku vs jagodzianka w Warszawie. Dlatego owe warszawskie firmy, świadome, że tę samą usługę czy produkt mogą kupić taniej w wschodnim i niepozornym województwie w Polsce, wybierają to, co dla nich korzystniejsze. Jednak wiele naszych firm, przeświadczonych o własnej niższości, jednocześnie walcząc z taką samą opinią dotyczącą wyższości firm warszawskich, wybiera blask stolicy. Przecież to zawsze lepiej brzmi, gdy coś jest warszawskie.

Wpadliśmy w błędne koło. Chcemy wydostać się z zaścianka i myślenia o nas jako o Polsce B, jednocześnie w codziennych decyzjach powielając ten schemat. Nigdy nie pozbędziemy się własnych kompleksów, jeśli podświadomie będziemy je rozbudowywać, podejmując czasem proste decyzje.

Nie rozumiem, dlaczego człowiek, firma, organizacja czy inne ciało fizyczne lub formalne musi tak wiele kilometrów przemierzyć, by w ogóle zostać zauważonym na własnym podwórku. Kojarzy mi się to ze szkołą podstawową, w której byłam. Niespełna 100 uczniów i ocena przez nauczycieli danego ucznia na podstawie tego, kim byli rodzice (bo każdy się znał) i ewentualnie osiągnięć rodzeństwa (jeśli się je pamiętało), bo było w podobnym wieku. Moi rodzice nie są wykształceni, przez co spoczywało na mnie piętno, że raczej też nie rokuję, więc wsparcie ze strony nauczycieli było nikłe. Jednak, kiedy skończyłam szkołę i poszłam dalej, do miejscowości, gdzie nikt mnie nie znał, dopiero wtedy miałam szansę być zauważona i zacząć osiągać pierwsze wyróżnienia i pochwały. Doceniamy dzieci na podstawie rodziców, firmy na podstawie siedziby, a osiągnięcia ludzi na podstawie widoczności w świecie. Kompetencje, wiedza, pracowitość, talent i doświadczenie nie mają większego znaczenia, jeśli najpierw nie zauważy ich „ktoś z zewnątrz”. Przecież nasza opinia to za mało.

Ostatnio przyszedł do mnie klient, którego obsługuje „agencja warszawska” i powiedział, że ma dość, bo ma nieustanne problemy z kontaktem, nikt nigdy nie był w jego firmie, by w ogóle zrozumieć, kim są i co robią. Ten pan przede wszystkim chce rozmawiać z ludźmi przy kawie i ustalać wspólne cele, a potem je realizować. Ma dość „call’i”. Chce wiedzieć, gdzie szukać siedziby firmy, jeśli coś pójdzie nie tak i faktycznie poznać człowieka po drugiej stronie. U nas łatwo się spalić, bo każdy każdego zna i jak raz popsujesz swoją opinię, już jej nie odbudujesz. Łatwa weryfikacja. W metropoliach wszystko się rozmywa i tak naprawdę nigdy nie wiadomo, gdzie trafisz. Zamiast korzystać z przywileju weryfikacji drogą pantoflową, znów wracamy do początków i szukamy „warszawskich firm”.

„Cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie, co posiadacie”.

Czego życzyłabym nam wszystkim? Wyjścia ze strefy łatwego szufladkowania, samodzielnego myślenia w ocenie i zaprzestania określania „warszawskie” jako lepsze niż „białostockie”. Nie jest lepsze, często jest gorsze. A tak naprawdę nie ma schematu, bo pojedynczą sytuację powinniśmy zinterpretować indywidualnie, zamiast szukać łatwych i naiwnych skrótów myślowych.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka