Czym właściwie jest marzenie? Czymś poza zasięgiem i niemożliwym do realizacji, a może celem, do którego skrupulatnie dążymy? Jeśli tak, to czy każdy cel staje się marzeniem? A może nie każde marzenie jest celem, bo jeśli ktoś marzy o tym, żeby dostać się do Hogwartu, to czy może to stać się jego celem, skoro na poziomie świadomości wiemy, że jest to nierealne, bo Hogwart po prostu nie istnieje?
Kiedy gonimy za króliczkiem, nie skupiamy się na tym, czy coś było marzeniem czy nie, skoro widzimy szansę, by je dogonić. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy już nam się uda. Wtedy zaczynamy sobie umniejszać. „To wcale nie było takie trudne”, „wystarczyło się odważyć”, „to nie ode mnie zależało”. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zaczęłam umniejszać fakt, że zrobiłam film. Pomyślałam, że przecież to tylko krótki metraż, tylko dyplomówka, a przecież teraz tyle osób nagrywa filmiki.
Jestem tak wymagająca wobec swoich projektów, że z czterdziestominutowego filmu zostały dwadzieścia trzy minuty. Miałam konkretny cel: żeby każda scena czymś zaskakiwała widza i nie pozwalała mu się nudzić. Nie chciałam sztucznie wydłużać ujęć patrzeniem, jak ktoś idzie i idzie, i idzie tylko po to, żeby na końcu zniknąć w cieniu. To nie jest sposób opowiadania historii, który mnie trzyma w napięciu. Wolę mówić krótko i konkretnie i tak też chcę opowiadać swoje historie.
Czy cieszę się z premiery? Spójrzmy prawdzie w oczy – nie. Kiedyś wyobrażałam sobie, że zadbam o każdy szczegół i będę dumna z tego, że udało mi się zrobić coś, co jeszcze niedawno wydawało mi się nieosiągalne. Dokładnie dwa i pół miesiąca temu obroniłam dyplom reżysera i chciałam się cieszyć z tego, że spróbowałam, a przede wszystkim z tego, że znalazłam w sobie odwagę.
I wierzcie mi – rozpoczęcie szkoły, a jej ukończenie i obrona dyplomu to dwie zupełnie różne rzeczy. Zaliczać zajęcia jest banalnie, jeśli lubi się to, co się studiuje i jest się obecnym na zjazdach. Zrobić film to zupełnie inna historia. Najpierw scenariusz, który zaczyna się dość łatwo. Potem kilkanaście zmian pomysłu. Potem decyzja, że to już ten. Potem produkcja i plan filmowy, na którym zawsze jest za mało pieniędzy i za mało czasu. Potem montaż – nigdy wystarczająco idealny, żeby puścić projekt dalej. Produkcja filmu to błędne koło i nieustanny kompromis między wizją a możliwościami i zasobami.
Znając dziś swój film tak dobrze, zmieniłabym wiele – szczególnie na etapie realizacji, a nawet scenariusza. Ale doprowadzenie projektu do końca to odwaga. Odwaga, by poddać się ocenie i zamknąć coś, co w naszych oczach nigdy nie będzie idealne.
Zamiast skupić się na planowaniu premiery, skupiam się na przetrwaniu bólu do operacji. Ostatni stres tak mnie rozłożył, że zanim przyjmę naprawdę dużą (w zasadzie niezgodną z ulotką) dawkę leków, nogę muszę wręcz wlec za sobą. Kiepsko, ale co zrobić. Kiedy odważyłam się zostać reżyserką, nie sądziłam, że na swoją premierę przyjdę dziesięć dni po operacji kręgosłupa. I wierzcie mi – nadal nie wiem, jak to zrobię.
Wszystko się przeciąga organizacyjnie, bo nie jestem w stanie skupić się na realizacji z powodu fizycznego bólu. Niefart? A może konsekwencja złych wyborów dokonywanych przez całe życie – godzenia się na nieodpowiednie warunki i realizowania nierealnych zadań za wszelką cenę, żeby sobie i innym coś udowodnić? Zanim wyjdę na premierę, będę mogła poprosić dobrych ludzi – przyjaciół – o przygotowanie tego, co jest poza moim zasięgiem fizycznym. I znów nie będzie tak idealnie, jak sobie marzę, ale mój kręgosłup nie zostawił mi
zbyt wiele przestrzeni na decyzje. Cel stał się jeden: dotrzeć na własną premierę 12 stycznia i wejść na scenę, a jak już na nią dotrę, to będzie z górki.
Trzymajcie kciuki. I… jakoś to będzie, prawda?