Blog

Viva Barcelona!

Kiedy grupa  w większości zupełnie sobie obcych kobiet lub znających się jedynie z widzenia wyjeżdża razem, by świętować urodziny bliskiej im kobiety, można się spodziewać albo cudownej zabawy, albo pożaru Barcelony. Cóż – miasto Gaudíego wciąż stoi.

Warto też zauważyć, że w świecie, w którym nie ma nic cenniejszego niż czas (którego przecież nie da się odzyskać) obdarowanie kogoś kawałkiem swojego kalendarza to chyba najdroższy z możliwych prezentów. Bo co może być cenniejsze niż wspólny śmiech, wielokilometrowy spacer tylko po to, żeby zdążyć zrobić “HOP” do autobusu, czy wspólne konsumowanie sztuki i świata, którego jeszcze nie znamy?

E.S. zaprosiła nas do celebracji swojej ukochanej wersji życia – tej, którą sobie wymarzyła i do której dotarła. Wizje własnej przyszłości zaczynamy często tworzyć już w dzieciństwie, a później, jak domek z piasku, budujemy je cegiełka po cegiełce, okno po oknie, czasem burząc jedną ścianę, by postawić kolejną. Nasz dom staje się większy i w wiedzy, i w doświadczeniu, a zupełnie nowe pęknięcia w ścianach czynią go niepowtarzalnym. To my decydujemy, kogo chcemy do tej przestrzeni zaprosić. I to nigdy nie jest łatwa decyzja, bo gdzieś z tyłu głowy siedzi lęk: czy ten gość nie zacznie oceniać każdego wazonu, każdej tapety, każdej decyzji, która sprawiła, że nasze życie wygląda właśnie tak?

Kiedy razem, w zupełnie zróżnicowanym gronie, lądujemy na nieznanym terenie, zaczynamy zwiedzać nie tylko miasto, ale i osobowości innych osób. Mimowolnie obserwujemy, myślimy, wyciągamy wnioski. Inspirujemy się, a jednocześnie weryfikujemy: co nas łączy, co dzieli? Te różnice potrafią tworzyć zupełnie nową jakość życia i kontekst. Widzimy inne piramidy priorytetów i cele, w które ktoś inwestuje całą swoją energię i większość czasu. Nie ma lepszych ani gorszych wyborów. Są po prostu inne, szyte na miarę, specjalnie dla każdego z nas.

A co, jeśli coś nas uwiera? Co, jeśli porównanie z cudzym życiem sprawia, że z naszym czujemy się gorzej? Wtedy łatwo się unieszczęśliwić. A jeszcze łatwiej próbować przelać tę gorycz na innych, bo jeśli oni też poczują się źle, to może przez chwilę nie będzie tak samotnie. Łatwo jest ściągnąć kogoś w dół. O wiele trudniej podać rękę i pomóc wznieść się wyżej.

Wsparcie. To ono buduje relacje na lata. Jeśli nie liczysz ich w kategoriach zysków i strat, tylko po prostu jesteś, czując, że nigdy nie zostaniesz sam, gdy będziesz potrzebować pomocy, to wtedy nawet nie musisz o nią prosić. Otaczamy się ludźmi, którzy czynią nasze życie kolorowym i którzy dają nam uśmiech – nie rozpacz. 

Mój wyjazd zaczął się koszmarnie. Telefon, który wewnętrznie mnie zmiażdżył, ściągnął mnie na samo dno, prosto do jądra ziemi. Wychodząc z domu, miałam w głowie tylko jedno: czy ja w ogóle powinnam jechać? Po co, skoro nowy kryzys i tak rozłoży mnie na części w trakcie tego wyjazdu? Najbardziej cieszyłam się z tego, że siedzę sama w samolocie, bo mogłam spokojnie przepłakać cały lot do Barcelony. I to było oczyszczające. Później przyszła myśl: przez najbliższe 5 dni nie naprawię decyzji podjętych niemal dekadę temu.

Nie jestem osobą, która łatwo dzieli się emocjami, a zwłaszcza tymi, które rozkładają mnie na kawałki. Barcelona pozwoliła mi zapomnieć. Przynajmniej na chwilę. Śmiech – zarówno dobrych, starych koleżanek, jak i zupełnie nowych, pozwolił zagłuszyć mój wewnętrzny krzyk. Dwie noce tańca i cudownej muzyki w pięknych przestrzeniach uwolniły nawet najbardziej uporczywe nerwobóle. Ścisk w żołądku puścił. Wino na plaży przytłumiło czarne myśli. A rozmowy zarówno te o wszystkim, jak i o niczym nie pozwalały się skupić na rzeczywistości, która została w Polsce. Pojawiła się przestrzeń, która pozwoliła zapomnieć, że znów muszę stanąć do walki (chodź wewnętrznie czuję się tak, jakbym od 15 lat nie odkładała miecza). 

Jestem wdzięczna, że mimo iż życie potrafi być przytłaczające, pojawiają się w nim zupełnie niespodziewanie relacje, które inspirują do nowych wyborów i ryzyka. Takie, które otwierają przestrzeń do zauważenia zupełnie innych celów. I do zrozumienia, że nawet najładniej przypudrowane życie potrafi mieć pryszcze. Nie ma żyć idealnych ani perfekcyjnych, nawet jeśli mamy w sobie perfekcjonistę wyćwiczonego do granic możliwości. Na koniec dnia jesteśmy tylko ludźmi i kobietami, które mają w sobie więcej siły niż niejedna armia. Potrafimy być dla siebie największymi przyjaciółkami… i największymi wrogami. Wszystko zaczyna się i kończy na jednym wyborze: czy chcę mieć tę kobietę w swoim życiu i dlaczego wybrałam właśnie ją? Dlaczego to jej chcę zaufać? Dlaczego jest dla mnie więcej warta, niż największe pieniądze świata? Dlaczego chcę jej towarzystwa w celebracji mojego święta? Dlaczego chcę współpracy z nią w biznesie? Dlaczego jest dla mnie ważniejsza od innych? Dlaczego mimo, że inni pojawiają się i znikają – ona jest przy mnie zawsze? 

Bo kiedy na pierwszym miejscu stawiamy człowieka – zaczyna się prawdziwe błogosławieństwo i prawdziwa przyjaźń. I prawdziwa celebracja życia.

Dziękuję E.Ś. za ten czas i piękną podróż, w której miałam przestrzeń na taniec, dystans i myślenie – na zebranie nowych inspiracji, być może do zupełnie nowej sztuki.
Dziękuję starym koleżankom – za to, że mimo różnych zakrętów życia, zawsze potrafimy do siebie wrócić, bez żalu, z otwartością na nowe perspektywy.
I dziękuję nowym – za piękną różnorodność, która jednocześnie inspiruje i uczy doceniania.

Pięknego życia Wam życzę Kobiety!

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka