Tak działa świat: ktoś rządzi, a ktoś słucha. Nawet jeśli udajemy, że nie słuchamy – słuchamy. Czy działamy wedle życzenia, czy na przekór, to już nasz wybór. Wszystko zależy od naszej osobowości lub etapu w życiu. Za każdym razem pojawia się decyzja: co mam zrobić? Odpuścić czy walczyć? Być w zgodzie ze sobą czy mieć święty spokój?
Osobiście zauważam dwa rodzaje ludzi – tych, którzy chcą działać i zmieniać świat, oraz tych, którzy chcą kończyć pracę o 16.00 i mieć święty spokój. Niestety, święty spokój nigdy nie będzie dotyczył ludzi fałszywych, których dane słowo nie ma najmniejszej wartości. Takie osoby traktują wypowiadane słowa jak walutę – przytakną, powiedzą to, co ktoś chce usłyszeć, a po jego wyjściu knują, kombinują i każdego dnia powodują, że ich słowo wciąż traci na wartości. W końcu nikt już im nie wierzy.
To są mali ludzie, zbudowani z kompleksów wychowania w cieniu rodzica i potrzeby budowania ciągłej akceptacji u wszystkich i wszędzie. Zawsze powtarzają populistyczny szum, nie wchodząc w rozsądną argumentację – bo argumentacja nie dociera do mas. Do mas docierają jedynie krzykliwe hasła, często zaprzeczające zdrowemu rozsądkowi. A gdy ich poglądy są sprzeczne z ogólnym krzykiem? Milczą. Nie chcą stawiać się w pozycji niewygodnej dla własnego wewnętrznego populisty.
„To nie ja”, „ja nie potrafię”, „ja nie wiem”, „to przez kogoś” – swoją bezradność i brak decyzyjności tłumaczą niewiedzą, jednocześnie nie robiąc nic, by zacząć się uczyć i wyciągać wnioski. Dobry kapitan broni swoją załogę i wspiera ją, a nie zastrasza. Aby załoga była mu lojalna i oddana, najpierw on musi pokazać, że w nią wierzy. Musi jej ufać, dawać szansę oraz dmuchać w jej żagle, nawet gdy wiatr codzienności ustaje. To on musi być silny za wszystkich, by zarażać ich siłą i wiarą, że to, co niemożliwe, jest możliwe.
Jedną z zasad, jakimi się kieruję w życiu, jest to, że zawsze staram się wyciągać pierwsza rękę – by nie skupiać się na tym, co złe, i w każdym dostrzec tę dobrą iskrę. Odpuszczam i nie pielęgnuję w sobie tego, co boli. Nie pielęgnuję urazy do drugiego człowieka – po co? Życie jest za krótkie, by budować je na wyniszczających od środka urazach.
Mam też jednak drugą zasadę – bronić prawdy. Jeśli ktoś opluje wyciągniętą do niego rękę i będzie próbował, niczym agresor, wywrzeć presję w celu zniszczenia drugiego człowieka dla własnej satysfakcji – stanę do walki. Nie ugnę się przed oprawcą, bo zbyt wiele razy w życiu byłam już ofiarą. Jeśli po swojej stronie mam prawdę, nie muszę się niczego obawiać. Wystarczy poczekać, a ogarnięty amokiem i brakiem kompetencji przeciwnik sam się podłoży. Nie raz, a minimum trzy razy.
Wystarczy poczekać i skrupulatnie przygotować okruszki kłamstwa, plaster złej woli, szklankę ignoracji, szczyptę błędów, by zagnieść ciasto prawdy tego, kim ktoś jest naprawdę. Idealnie wyrośnie, jeśli damy mu czas. Właśnie dla takich osób czas jest największym przeciwnikiem. Z braku szansy na pastwienie się psychiczne nad innymi, zaczynają działać pochopnie i motać się przez nieobecność ofiary. Każde zranione zwierzę musi najpierw wyzdrowieć, by mieć siłę w sobie na walkę nawet z najobłudniejszym przeciwnikiem.
Każdy w różnych momentach życia spotyka swojego Grincha. Rok 2024 zaczął się w moim życiu podejrzeniem raka, a kończy próbą pozbawienia dobrego imienia, na terapii i lekach przeciwlękowych. Na szczęście istnieje w nas pamięć. Pamięć wspólnych doświadczeń, śmiechu i dobrych chwil. Pamięć zbudowana na wspólnym czasie, wyzwaniach i ogromie wiary w siłę wspólnoty.
To właśnie pamięć i prawda będą zawsze w opozycji do plotek, pomówień i tych Grinchów, którzy za wszelką cenę nie chcą przejść wewnętrznej przemiany, nawet gdy wyciągnie się do nich rękę. No cóż. Klatka do przodu, wielki oddech i czas stanąć do walki, nawet jeśli postanowiliśmy odpuścić.
Do porozumienia potrzebne są dwie strony, a ta druga postanowiła opluć wyciągniętą rękę. Wycieram ją, chowam do kieszeni i czuję ogromny zawód, że znów oceniłam człowieka lepiej, niż na to zasługiwał. Aby móc podzielić się opłatkiem i pójść do spowiedzi, ten człowiek będzie musiał sam rozliczyć się w prawdzie z tym, co się wydarzyło, oraz z własnych intencji.
A może, czytając te słowa i biorąc w dłoń opłatek, pomyśli o mnie i zastanowi się, dlaczego postanowił tak mocno mnie znienawidzić? Ja tego pojąć nie potrafię. Pusty talerzyk przypomni mu nasze rozmowy, to, jak okrutny dla mnie był. Mimo że już mnie przeprosił, znów zmienił zdanie i nie odpuszcza.
Dwa dni do Wigilii i dziewięć do końca roku. Jak ja marzę, by ten, chyba najgorszy w moim życiu, rok już się skończył. Czy coś jeszcze się stanie? Wszechświecie, czekam! Daj mi siłę, bym wytrwała i znów miała szansę odnaleźć spokój w życiu.