Jeszcze chwilę temu baliśmy się zautomatyzowanej, linii produkcyjnej, potem Photoshopa, social mediów, botów. Teraz boimy się deepfake’ów, sztucznej inteligencji i tego, że ktoś w pięć minut zrobi film, na którym mówimy coś, czego nigdy nie powiedzieliśmy.
I słusznie się boimy tylko, że problem nie zaczyna się w technologii. Problem zaczyna się w człowieku, który widzi grafikę lub populistyczny tytuł, oburza się w trzy sekundy (bo oczywiście trafiła w jego czuły punkt), nie sprawdza źródła, nawet nie czyta artykułu tylko sam tytuł i klika „udostępnij”, jakby właśnie ratował naród, demokrację, moralność i własną rodzinę przed upadkiem cywilizacji. A prawda jest taka, że najczęściej ratuje tylko algorytm.
Deepfake to nie jest początek końca prawdy, tylko nowsze narzędzie kłamstwa. Bardziej efektowne, bardziej przerażające i zdecydowanie bardziej filmowe. Ale nie oszukujmy się, bp nieprawdziwą grafikę można zrobić też w Canvie czy Photoshopie tylko najczęściej tych programów nie były w stanie obsłużyć tak “proste umysły” jak Chata czy Gemini. Ale tak naprawdę nawet w Paincie można wkleić zdjęcie, dopisać wielki czerwony napis, dodać dramatyczny wykrzyknik i już mamy „dowód”. Dowód na co? Na nic – ale na tablicy na Facebooku wygląda dobrze, a jak wygląda dobrze i pasuje do naszych emocji, to część ludzi nie potrzebuje już faktów tylko paliwa.
I tu zaczyna się prawdziwy problem przyszłości. Nie taki z neonami, latającymi samochodami i robotami w recepcji, tylko dużo bardziej przyziemny. Będziemy mieli coraz lepsze narzędzia do tworzenia treści i nadal ten sam, stary, ludzki problem: lenistwo poznawcze. Bo dopóki ludzie będą udostępniać treści bez sprawdzania źródeł, dopóty będziemy żyć w nierzeczywistości. W świecie, w którym bardziej liczy się to, czy coś nas wkurzyło, niż to, czy jest prawdziwe. W świecie, w którym oburzenie daje zasięg, a wątpliwość nie mieści się w formacie rolki.
I ja wiem, że to nie zabrzmi miło, ale trudno. Niektórzy naprawdę nie zdają sobie sprawy, jak bardzo tracą w oczach innych, kiedy publikują najczęściej polityczne, populistyczne treści z głupimi hasłami PRowymi, które w zasadzie nijak mają się nawet do rzeczywistości, ale za to współgrają z ich narracją. Nieważne, czy robią to świadomie, czy nieświadomie, bo efekt jest podobny. Z każdą taką publikacją spada ich wiarygodność. Kiedyś patrzyłam na niektóre osoby i myślałam: rozsądny człowiek. Dzisiaj widzę kolejny post z krzyczącą grafiką, fałszywym cytatem, zmanipulowanym nagłówkiem, nierzetelną analizą bez podstawowych zmiennych i myślę: serio? Naprawdę to puściłaś? Naprawdę to jest poziom twojej refleksji?
I nie chodzi o to, że ktoś ma inne poglądy niż ja. Niech ma. Ja naprawdę nie potrzebuję świata, w którym wszyscy myślą tak samo. To byłoby nudne i niebezpieczne. Chodzi o to, że można mieć poglądy i nadal mieć mózg. Można być po prawej, po lewej, pośrodku, z boku albo kompletnie poza sceną polityczną i nadal sprawdzać, czy treść, którą się podaje dalej, nie jest zwykłym śmieciem, bo publikacja to nie jest niewinny gest – publikacja to odpowiedzialność. Jeśli coś udostępniasz, przykładasz do tego swoją twarz (na social mediach nawet dość dosłownie), swoje nazwisko i swoją reputację. I możesz sobie mówić, że „to tylko Facebook”, „to tylko relacja”, „to tylko mem”. Nie. To jest komunikat: ja to puszczam dalej, ja temu daję miejsce na swojej tablicy, ja wzmacniam ten przekaz i ja podbijam algorytm. A z czasem przychodzi zdziwienie, że ktoś przestaje traktować nas poważnie…
Świat przyszłości nie będzie wymagał od nas tylko umiejętności korzystania z AI. Będzie wymagał umiejętności myślenia. Niestety to drugie jest dużo trudniejsze do wdrożenia niż kolejna aplikacja. Możemy wprowadzać oznaczenia treści generowanych przez sztuczną inteligencję zgodnie z AI Act. Możemy pisać formułki w stopkach. Możemy dodawać informacje, że grafika powstała przy użyciu narzędzi AI. Możemy tworzyć regulaminy, procedury i checklisty i dobrze, bo trzeba to robić. Tylko że nawet najlepsze oznaczenie potrzebuje jeszcze jednego drobiazgu: człowieka, który je zauważy. Kogoś, kto przeczyta całość, a nie tylko nagłówek. Kogoś, kto zwróci uwagę na znaczek, dopisek, kontekst i źródło. Kogoś, kto nie udostępni treści tylko dlatego, że pasuje mu do poglądów, emocji albo chwilowego oburzenia, bo jeśli odbiorca nie czyta, tylko reaguje, to sama etykieta nie uratuje prawdy. Będzie kolejnym elementem grafiki. Małym znaczkiem w rogu, którego nikt nie zauważy, bo wszyscy już zdążyli się wkurzyć, kliknąć i podać dalej. Problemem nie jest jedynie brak oznaczeń, problemem jest brak odpowiedzialności po obu stronach: po stronie tych, którzy tworzą treści i po stronie tych, którzy je bezmyślnie roznoszą, a żadna formuła nie ochroni nas przed człowiekiem, który nie chce sprawdzać.
Świat zapieprza, ale największym zagrożeniem nie jest sama technologia, tylko człowiek. AI, Canva czy zwykły Paint są tylko narzędziami, a prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy oburzenie wygrywa z myśleniem.