Wyobraź sobie, że byłeś kiedyś gościem na weselu, na którym posadzono cię obok człowieka, którego nigdy wcześniej nie widziałeś. Jesteś gościem panny młodej — studiowaliście razem. Ten człowiek to kuzyn pana młodego, który całe życie mieszkał za granicą, ale wesele miało być spotkaniem po latach całej rodziny, więc przyjechał zobaczyć krewnych niewidzianych od 12 lat. Jak to na weselu: „gorzka wódka”, przyśpiewki i ogólna integracja. Spędzasz czas przy stole z osobą, o której nie wiesz nic. Oczywiście macie wspólne zdjęcia, bo po pierwsze fotograf weselny, a po drugie wszyscy wciąż coś nagrywają i fotografują. Takie mamy czasy. No i dzieje się „magia”. Po dwóch latach trafiasz na artykuł o swoim „sąsiedzie z wesela”, który dostaje wyrok za handel ludźmi. Nie wiadomo czemu i skąd nagle wszyscy twoi znajomi zaczynają udostępniać twoje zdjęcia z wesela z owym kryminalistą. Nie jesteś w stanie wytłumaczyć, że piłeś wódkę z nieznajomym, bo przecież skoro macie zdjęcie, to musiałeś wiedzieć, kim jest. Twoja nieposzlakowana opinia traci z godziny na godzinę, bo konkurencja zadbała, żeby ludzie zaczęli bać się współpracy z tobą. Albo, co bardziej prawdopodobne, po prostu nie chcą być już z tobą kojarzeni.
Przytaczam dość mocno zarysowaną sytuację, która w moim przypadku nie miała miejsca. Ale jedno miało miejsce na pewno: w życiu niejednokrotnie piłam wódkę z ludźmi, o których nie wiedziałam nic. Ty zapewne też. Więc czym ryzykujemy?
Mamy czasy, w których wszystko jest non stop dokumentowane. Nie wspomnę już nawet o możliwościach AI, która sprawia, że może być „udokumentowane” także to, co nigdy się nie wydarzyło. Prawda jest jednak taka, że Photoshop potrafił to już wcześniej. Tyle że o wiele mniej osób umiało się nim posługiwać i był za drogi. Nie jest trudno zbudować fake news z niczego. A co dopiero wtedy, kiedy jest do tego baza, na przykład zdjęcie?
Zwróćcie uwagę, co robią politycy (a raczej ich pracownicy). Jak tylko pojawi się jakaś afera, przeszukują media, szukając zdjęć swoich oponentów, a potem objawiają się niczym Mojżesz z dziesięcioma przykazaniami. Tyle że zamiast kamiennych tablic mają zrzut ekranu jako dowód, który mówi: „on go znał”, „oni robili to razem” itd.
I nawet nie szokują mnie politycy, bo do niewielu z nich pozostał mi jeszcze szacunek. Szokują mnie odbiorcy. Skoro sami jesteśmy w stanie stworzyć fake’owe zdjęcie w darmowym Gemini czy ChatGPT, dlaczego nadal wierzymy w fake newsy z sieci i podbijamy ich publikacje? Dlaczego wystarczy nam jedno zdjęcie, nie ważne czy prawdziwe albo fałszywe, żeby dołożyć do niego hipotezy oparte na kieliszku wódki, a potem jeszcze dorzucić zakończenie o ogólnoświatowym spisku i końcu świata? Jednym z największych wydarzeń na naszym globie był pogrzeb Jana Pawła II i naprawdę różne persony się na nim znalazły. Czy to znaczy, że te parę milionów osób się znało? Nie sądzę. Dlaczego więc przebywanie w tym samym pomieszczeniu prowadzi do tak skrajnych konkluzji?
Natknęłam się ostatnio na komentarz mojej znajomej i powiem Wam szczerze: przeraziłam się. Jak to możliwe, że tak inteligentne osoby tak łatwo ulegają wizerunkowej propagandzie, która ma sugerować gotowe i wygodne dla jednej strony odpowiedzi, zamiast zadawać pytania?
Pierwszym pytaniem zawsze powinno być: kto ma korzyść z takiej publikacji?
Każdą informację trzeba zaczynać interpretować pod kątem korzyści i strat. Od finansów, przez wpływy, wizerunek, aż po miejsce w zarządzie. Zdjęcie na Facebooku bez kontekstu nigdy nie będzie wystarczającym dowodem, a jedno zdanie wycięte z piętnastominutowej czy godzinnej rozmowy — też nigdy nie będzie dowodem, bo wystarczy zmontować bez słów otwierających: “nigdy nie…”.
I co więcej: jeśli ktoś nie był świadkiem danego zdarzenia albo nie widział żadnych dokumentów, prawdopodobnie nigdy nie dowie się, jak było naprawdę. Więc jakim cudem tak łatwo ludzie tworzą wnioski i wkręcają się w polemikę pod krzykliwymi hasłami PR-owymi? Nie wiem.
Nigdy nie możemy być pewni, obok kogo posadzą nas na weselu albo obok kogo kupimy bilet w operze. Skoro my nie mamy na to wpływu, dlaczego oczekujemy, że ktoś inny ma?
Nie godzę się na manipulację. Wolę myśleć i zachęcać do samodzielnego myślenia niż wyciągać wnioski ze zmanipulowanych zdjęć i wypowiedzi, dlatego zostawiam Was z myślą: na ile mnie to naprawdę dotyczy i po co podbijam zasięg informacji, których nie zweryfikowałem, a które przyjmuję jak dostęp do „tajnej wiedzy”, która jakimś cudem wyciekła na Facebooku z konta bez twarzy?