Cóż to za niedoceniony luksus: wstać, o której się chce, wypić kawę i pójść na trening. Już nawet nie chodzi o to, że jest czas i przestrzeń, ale o to, że ma się siłę, a ból nie przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu.
Cóż to za błogosławieństwo mieć odwagę na leniuchowanie i nie wrzucać sobie na siłę kolejnych tasków do zrealizowania. Pranie nie ucieknie, robota poczeka do poniedziałku albo do wieczora. Obiad można zamówić, a zakupy załatwić podczas spaceru w pobliskim osiedlaku.
Patrząc na cały świat, mieć dzień, w którym nie musimy nic, jesteśmy bezpieczni i mamy co jeść to tak ogromny przywilej, że często nie potrafimy go docenić.
Moim zdaniem niezwykłość naszego życia tkwi w jego zwyczajności i przeciętności. Bo właśnie w momentach największej intensywności myślimy głównie o tym, żeby poleżeć, wyspać się i spokojnie zjeść. Kiedyś takie dni wielkiego huku, produkcji i kulminacji uważałam za cel, ale teraz celem stał się spokój. Ambicja nadal nie chce spocząć na laurach, ale warunki dyktują zdrowie i ciało. Chcę kultywować spokój i cieszyć się tym, co daje nam świat.
Jutro z mężem jedziemy na mecz futbolu amerykańskiego Lowlanders. Prawda jest taka, że nie jesteśmy fanami i chyba nawet nie możemy nimi być, ale oglądając film „Radio” na Netflixie (stary, ale bardzo polecam) komentowaliśmy go na bieżąco i doszliśmy do wniosku, że nigdy na żadnym meczu nie byliśmy – więc idziemy.
Próbowanie tego, co nowe, to kolejne pragnienie, które we mnie siedzi. Kiedy leżałam w łóżku, nie mając siły wstać, dużo zastanawiałam się nad tym, co jeszcze chciałabym zrobić. I doszłam do wniosku, że nie wiem. Bo w pędzie zapomniałam o tym, czego chciałam spróbować, kiedy byłam mała. To nie znaczy, że nie gonię za marzeniem zostania reżyserką. Gonię. Ale to trwa i chcę być w tym cierpliwa, a nie pochopna. Kiedy żyłam z bycia choreografką i instruktorką tańca, zawsze zostawiałam sobie jakiś projekt niekomercyjny. Taki, z którego nie zarabiałam, ale który robiłam dla przyjemności i z nieustannego pragnienia tworzenia. Tak powstały ekipy Cement, i8i czy spektakl „Aż kobieta” – z tego, że chcę tworzyć. I teraz powoli dojrzewam, razem ze zdrowieniem moich pleców do kolejnego.
Ale jedno jest pewne. Jestem tak bardzo wdzięczna za ten rok, który odmienił mnie jako człowieka. Odnalazłam w sobie więcej pokory i radości z tak drobnych rzeczy, które nagle stały się największe – jak brak bólu.
Chcę mieć teraz czas dla siebie, rodziny i przyjaciół. Chcę próbować nieznanego i cieszyć się tym, co mnie pozytywnie zadziwi. Chcę ryzykować i być szczęśliwa z tego, co tu i teraz, a nie tylko z tego, co będzie.
Wdzięczność. W takie soboty bez zobowiązań czuję ją całą sobą.
Ale kończę już ten przydługi wywód, bo idę na trening i kupić sobie kwiatki. Te, które stały na stole, już zwiędły. A przecież nie będzie milszej kawy niż ta przy pięknym bukiecie albo we własnym ogrodzie.