Blog

Pierwsza warstwa zmiany smakuje najgorzej

Wszystko. Naprawdę wszystko w życiu zaczyna się od małej, wewnętrznej odwagi.

Bo każda zmiana ta wielka, która wywraca nam życie do góry nogami, i ta mała, prawie niewidoczna, potrzebuje naszego „TAK” albo naszego „NIE”.

Czasem „TAK” oznacza: spróbuję, zrobię pierwszy krok, może pójdę na badanie, którego tak bardzo się boję. Wyślę wiadomość, zgłoszę się lub powiem prawdę. Zacznę od nowa, chociaż jeszcze nie wiem, czy mam na to siłę.

A czasem „NIE” jest większą odwagą niż jakiekolwiek „TAK”. „Nie” dla bliskiej osoby, która przyzwyczaiła się, że zawsze jesteśmy dostępne. „Nie” dla czegoś, co komuś daje komfort, ale nas kosztuje zdrowie, spokój i oddech. „Nie” dla relacji, w której coraz mniej nas samych.
„Nie” dla pracy, w której codziennie tracimy kawałek siebie. „Nie” dla dźwigania wszystkiego tylko dlatego, że kiedyś nauczyłyśmy wszystkich, że damy radę.

Kiedy milczymy (nawet przed sobą), nawet we własnej podświadomości, często trwamy w tym, co nas wyniszcza. W tym, co miażdży. W tym, co nie daje nam ani rozwoju, ani przestrzeni, ani zwykłego oddechu, a przecież czasem człowiek nie potrzebuje od razu rewolucji. Czasem potrzebuje kąpieli bez pośpiechu. Muzyki, która uspokaja ciało. Wieczoru bez tłumaczenia się komukolwiek. Godziny na coś, co kocha. Ciszy, w której nikt niczego od niego nie chce.

I właśnie od takich drobiazgów zaczynają się największe zmiany. Od małych decyzji, które na początku wydają się nieistotne, a po czasie okazują się początkiem nowego życia. Duża zmiana rzadko spada z nieba jak piorun. Najczęściej wyrasta z małych kroków. Z tych wszystkich momentów, w których mówimy sobie: jeszcze nie umiem, ale spróbuję. Jeszcze się boję, ale pójdę. Jeszcze nie wiem, jak będzie, ale już wiem, że tak jak było być nie może.

Piszę Wam często, że mam dość bycia siłaczką. Mam dość dźwigania. Mam dość udowadniania, że wszystko uniosę, wszystko ogarnę, wszystko przetrwam. Ale z drugiej strony nie wiem, czy potrafiłabym jeszcze raz pogodzić się z jakąkolwiek zależnością.
Klient odchodzi? Z Bogiem.
Przyjaźń nie wytrzymała próby czasu? Zdarza się.
Nie chcesz robić ze mną kolejnego projektu? Okej.
Nie każdy musi zostać.

W pewnym momencie dojrzewamy do zrozumienia, że poczucie zależności od czegokolwiek albo kogokolwiek najczęściej ciągnie nas w dół. Bo w głowie zaczyna szeptać ten cichy, podły głosik: „Jak to stracisz, to już po Tobie”. Jak stracisz tego klienta, jak odejdzie ten człowiek, jak ta relacja się skończy, jak ta praca zniknie, jak ktoś przestanie Cię wybierać… I wtedy zaczynamy trzymać się za mocno. Zaczynamy zaciskać palce na czymś, co dawno przestało nam służyć. Zaczynamy mylić przywiązanie z sensem, lęk z lojalnością i toksyczną relację z odpowiedzialnością.

A prawda jest taka, że czas oddany temu, co nas niszczy, można przeznaczyć na coś zupełnie innego… na siebie, na zdrowie, na pracę, która ma sens. Na ludzi, przy których nie trzeba stale udawać, że jest okej. Nie ma co się zacinać, żeby trwać w czymś, co nie działa.

Nie jestem jednak zwolenniczką rzucania się w przepaść tylko po to, żeby poczuć wiatr we włosach. Zanim skoczymy, dobrze jest znaleźć linę. Cokolwiek, czego możemy się chwycić, kiedy zaczniemy spadać. Małe kroki dają poczucie bezpieczeństwa. Może nie są tak spektakularne jak wyjebanie komuś drzwi do gabinetu, ale mają jedną ogromną zaletę: naprawdę zmieniają życie. Powoli, konsekwentnie, bez fajerwerków, ale skutecznie.

A czy chcemy lepszego życia? Zawsze.
Czy zawsze go potrzebujemy? Już niekoniecznie.

Bo część naszych pragnień zmiany wynika nie z potrzeby duszy, tylko z rozdmuchanego konsumpcjonizmu. Z porównywania się i z tego wiecznego „jeszcze”. Jeszcze lepszy samochód, jeszcze większe mieszkanie, jeszcze droższe wakacje, jeszcze bardziej efektowne życie, które dobrze wygląda na zdjęciach, ale niekoniecznie dobrze smakuje od środka. Nowy samochód jest zachcianką do momentu, w którym stary jeździ. Nowa torebka jest zachcianką, jeśli ma tylko przykryć pustkę. Nowy projekt jest ucieczką, jeśli nie mamy odwagi zatrzymać się i zobaczyć, co naprawdę w nas boli.

Wszystko zależy od tego, po co nam zmiana.

Dla mnie największą zmianą, która teraz we mnie zachodzi, jest zdrowie i postawienie mojej kariery na jedną szalę. Bez koła zapasowego. Bez alternatywy. Bez planu, w którym w razie czego wrócę do cudzych zasad. To jest wiara, że moje kompetencje zapewnią mi spokój. Oczywiście spokój w prowadzeniu działalności w Polsce nie oznacza braku adrenaliny — nie żartujmy. Ale daje poczucie, że buduję po swojemu, na własnych zasadach i z własną odpowiedzialnością za decyzje.

Mówię „TAK” i „NIE” zgodnie z własną intuicją, wiedzą i doświadczeniem. Nie dlatego, że przegłosowała mnie większość zarządu. Nie dlatego, że docisnął mnie zakompleksiony szef i nie dlatego, że ktoś uznał, że moje granice są niewygodne. Tylko dlatego, że ja tak wybieram, bo jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana, więc może zamiast z nią walczyć, trzeba ją w końcu oswoić. Obtoczyć ją trochę jak w przypadkowej posypce na lodach, której wcale nie zamawiałyśmy. Niby psuje smak i zgrzyta między zębami. Bo tę posypkę czuć najmocniej tylko przy pierwszej warstwie. Później zostaje już smak, na który naprawdę czekałyśmy. Tak samo jest ze zmianą. Początek jest najgorszy. Pierwsza warstwa do zdarcia. Pierwszy lęk. Pierwsze zawahanie. Pierwsze pytanie: „A co, jeśli się nie uda?”.

Ale później jest łatwiej. Nie idealnie. Nie bajkowo. Nie zawsze lekko. Ale łatwiej.

Bo kiedy raz powiesz sobie prawdziwe „TAK” albo prawdziwe „NIE”, zaczynasz rozumieć, że Twoje życie nie musi być wyłącznie reakcją na cudze decyzje.

Może być Twoim wyborem.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka