Ależ to jest przytłaczające uczucie, kiedy każdego dnia mamy tyle obowiązków i czujemy, że dźwigamy nie tylko siebie.
Dźwigamy dom, pracę, relacje, emocje własne i emocje innych ludzi, ich oczekiwania, ich rozczarowania. Ich problemy, które bardzo często wcale nie są nasze, ale jakoś dziwnym trafem lądują na naszych plecach.
Czujemy się odpowiedzialne nie tylko za swoje życie, ale też za życie naszego otoczenia. Za to, czy ktoś sobie poradzi, czy ktoś się nie obrazi, czy ktoś nie poczuje się pominięty, czy komuś nie będzie przykro i jednocześnie chcemy ratować siebie, ale po drodze próbujemy jeszcze uratować cały świat.
Przynajmniej ja tak mam. Ale coś czuję, że jest nas więcej, dziewczyny. Prawda?
Ostatnio miałam ciekawą rozmowę na temat mojego pracoholizmu. Który, swoją drogą, nadal wydaje mi się niemożliwy, bo ja przecież postrzegam siebie jako osobę leniwą. Tak, wiem. Brzmi absurdalnie. Robię dużo, biorę na siebie dużo, myślę o wszystkim, analizuję wszystko, ale w głowie i tak mam małą dziewczynkę, która mówi: „Marta, ty przecież jesteś leniwa”.
I w tej rozmowie wyszło coś ważnego. Że ten mój pracoholizm nie zawsze wynika z ambicji. Nie zawsze z potrzeby kontroli i nie zawsze nawet z miłości do pracy. Czasem on odpala się wtedy, kiedy we mnie włącza się ratownik. Ten tryb: rzucam wszystko, bo trzeba ratować świat lub kogoś. Bo przecież nie można nikogo zostawić samego nawet nie w naszym biznesie. Nie można sprawić, żeby ktoś poczuł się źle i zdecydowanie nie można zawieść czy zawalić terminu. Ale nie można też odmówić. Nie można powiedzieć: „nie dam rady”. Nie można przyznać, że ja też mam granice, że ja też jestem zmęczona, że ja też czasem potrzebuję, żeby ktoś zapytał, czy jeszcze stoję, czy już tylko ładnie wyglądam w pionie.
I najgorsze jest to, że często robimy to wszystko naprawdę nieumyślnie. Nie z pychy i nie dlatego, że uważamy się za zbawczynie ludzkości. Tylko dlatego, że gdzieś po drodze nauczyłyśmy się, że nasza wartość rośnie wtedy, kiedy jesteśmy potrzebne. Tylko że to jest bardzo zdradliwa transakcja, bo im bardziej chcemy być potrzebne wszystkim, tym mniej jesteśmy obecne dla tych, którzy naprawdę są blisko i dla siebie też.
Okazało się, że w tak dużym pędzie czasem nie zauważamy potrzeb najbliższych osób. Tych, które siedzą obok. Tych, które widzą nas bez makijażu i bez włączonego trybu „ogarniam”. Tych, które nie potrzebują od nas wielkich gestów, tylko zwykłej obecności. A my? My patrzymy przez okno na tych, którzy może nas ocenią, może docenią, może powiedzą: „wow, jak ty dużo robisz” i może w końcu zauważą, że jesteśmy silne, skuteczne, niezastąpione. Tylko co to za zgubna ścieżka, kiedy nie widzimy osoby siedzącej obok, bo wciąż patrzymy przez okno?
Może odpowiedzialność nie polega na tym, żeby nieść wszystkich. Może odpowiedzialność polega też na tym, żeby umieć powiedzieć: „tego już nie uniosę”. Może dojrzałość zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy mylić miłość z ratowaniem, pracę z ucieczką, a odpowiedzialność z brakiem granic? Bo jeśli cały czas ratuję innych kosztem siebie, to w pewnym momencie nie zostaje ze mnie kobieta. Zostaje system alarmowy. Reaguję na każdy bodziec, każdy problem, każde napięcie. Ktoś pisze — odpisuję. Ktoś prosi — robię. Ktoś milczy — analizuję. Ktoś się krzywi — naprawiam atmosferę.
A potem wieczorem siadam i nie wiem, dlaczego jestem taka zmęczona. No jak to dlaczego? Bo cały dzień nosiłam cudze życie w swoich rękach.
I chyba coraz bardziej rozumiem, że odpowiedzialność za innych nie może oznaczać zdrady samej siebie. Że mogę być dobrą osobą i odmówić. Mogę być lojalna i postawić granicę. Mogę kochać ludzi i nie brać za nich pełnej odpowiedzialności.
To wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza dla kobiet, które przez lata słyszały, że mają być miłe, pomocne, wyrozumiałe, elastyczne i „nie robić problemu”. A ja już chyba nie chcę być elastyczna do złamania.
Chcę być odpowiedzialna, ale nie chcę być przeciążona cudzym chaosem. Chcę pomagać, ale nie chcę znikać w pomaganiu. Chcę być blisko ludzi, ale nie chcę już udowadniać swojej wartości tym, którzy nawet nie wiedzą, ile mnie kosztuje ich komfort.
Bo może największą odpowiedzialnością, jaką mam, jest odpowiedzialność za siebie. Za swoje zdrowie. Za swoje granice. Za swoje relacje. Za tych, którzy naprawdę są obok. Za to, żeby nie pomylić świata z widownią, a bliskości z obowiązkiem.
Nie muszę ratować wszystkich i Ty też nie musisz. Czasem naprawdę wystarczy nie zostawić samej siebie.