Blog

Nie pytaj mnie, jaka powinna być kobieta. Zacznij pytać, dlaczego w ogóle musi być jakaś odpowiedź.

Kiedy mówimy „PRAWA KOBIETY”, świat często słyszy „PROBLEMY KOBIET”. A ja? A ja nie chcę być kojarzona z niekończącymi się problemami, z którymi rzekomo nie jestem w stanie sobie poradzić – bo przecież zazwyczaj radzę sobie świetnie. A jeśli nawet nie radzę sobie świetnie, to i tak wolę się uśmiechnąć i śmiać głośno, a później i tak przyznać do sromotnej porażki. Tak – po latach nauczyłam się do tego przyznawać. 

Zamiast pytać: „Kim jest ten człowiek?”, pytamy: ile razy ta kobieta musi się redefiniować? W szkole, w zarządzie, w domu, w reklamie, w sądzie, na imprezie i oczywiście – w komentarzach pod postami. 

Kolaż kobiety zlepiony z: „nie wolno”, „nie wypada”, „to nie dla dziewczynek”, „uspokój się”, „uśmiechnij się”, „nie poradzisz sobie”, „nie pyskuj”, „to kobiece zadanie”, „bądź delikatniejsza”, „nie kłóć się” i oczywiście – nigdy, ale to nigdy – „nie przeklinaj, bo to nie wypada”.

Więc się pytam:

to co, KURWA, wypada?

Najbardziej rewolucyjne prawo kobiety?

To prawo do błędu.

Do wyboru.

Do zmiany zdania i posiadania swojego zdania. 

Do niewiedzy.

Do bycia nieidealną.
Do zwykłego: “nie chce mi się”.

Do tego, żeby nie musieć być superbohaterką, która ogarnia wszystko za cenę snu i skrajnego wyczerpania.
Do nie udowadniania ciągle, że zasługuje na to, co już stworzyła.

Nie musi zostawać w domu, bo partner ma swoje pasje i plany, a jej potrzeby zaczynają się wtedy, kiedy kończą się potrzeby reszty rodziny.

Mój znienawidzony frazes: “Mężczyzna potrzebuje przestrzeni” – serio?

A kobieta czego? Kagańca? Przestrzeń, chyba tyczy się ludzi, bez względu na płeć.

Może czas przestać traktować kobietę jak projekt społeczny, który dobrze wygląda na politycznych ulotkach. Bo siła tworzenia rzeczywistości zaczyna się w nas samych.Nie potrzebuję miejsca przy stole rządzących, by doradzać, co jest dla mnie dobre. Chcę projektować ten stół i decydować, kogo do niego zaprosić.
Czy nie uważacie za ujmujące, że większość funkcji związanych z „prawami i problemami (bleee) kobiet” to funkcje społeczne, czyli bez wynagrodzenia? Więc wspaniałomyślne kobiety „doradzają” w swoich sprawach pseudo nieuświadomionym mężczyznom – w ramach ich roboczogodzin, za które ci mężczyźni otrzymują pensje? Kobiety znów stają się gospodyniami domowymi polityki – robią to dla większego dobra. Nieważne, czy to dobro kraju, koleżanek, czy rodziny – kobietom się nie płaci. I kiedy mówią o „PRAWACH KOBIET”, z góry godzą się na umniejszenie ich własnej roli przez brak wynagrodzenia za swój czas. Na starcie jesteśmy przegrane, bo same to akceptujemy. Szczerze? Ja chętnie zaprojektuję ten stół i bez najmniejszej wątpliwości przy nim usiądę, ale najpierw zapytam: czy dostanę za to takie samo wynagrodzenie jak mężczyźni przy tym stole? W innym wypadku moja obecność będzie tylko podtrzymywaniem kulturowych schematów sprzed wieków, kiedy kobiecie nie płacono, bo „i tak robiła to z serca”. Nie ważne, czy potrzebuje tych środków, czy ją stać na ten “bezpłatny projekt”. Czas otworzyć oczy. Zobaczyć, jakie błędy wciąż powielamy. Zamiast tworzyć pseudo-równościowe projekty oparte na dysproporcji finansowej, zacznijmy rozumieć sens całych struktur. Co ciekawe – to właśnie mój mąż zwrócił mi uwagę na nieustanne „robienie i udzielanie się za darmo”, na które przez lata się zgadzam, a które powiela schemat, z którym przecież próbuję walczyć. Żeby przełamać pewne koło, trzeba się najpierw zatrzymać.

Przy czwartkowej kawie z koleżanką doszłyśmy do wniosku, że przez ten cały trend „NA RZECZ KOBIET”, „DLA KOBIET”, „KOBIETY, JEDNOCZCIE SIĘ” powstaje masa inicjatyw o wątpliwej jakości. I znów “ilość”, a nie “jakość”. Większość z nich to prosperujące prosprzedażówki. Na scenie ktoś daje wykład, a potem – ups – „a teraz zapraszam do zakupu moich produktów” lub “na nasze stanowisko”. Organizatorzy się promują, politycy zbierają punkty, a my dostajemy próbkę balsamu i broszurkę o równowadze życiowej.  Sama niejednokrotnie robiłam wydarzenia dla kobiet i nadal NIE UWAŻAM, że najistotniejszym elementem są gadżety, które uczestniczki otrzymują jako gifty. Czy wiecie, że głównymi siłami napędowymi marketingu są: „dążenie kobiet do piękna i młodości”, „mężczyzn do pożądania i zaspokojenia” oraz „osób starszych i starzejących się – do zdrowia”? Więc idąc tym tropem, powielamy kolejny schemat kulturowy, organizując wydarzenia, w których nie ma nic ważniejszego niż dać kobietom parę maseczek i balsamów, by wychodząc, pamiętały, że to były dobrze wydane pieniądze. Przynajmniej im się w gadżetach zwróciło.

A może jednak zamiast tego wystarczy zeszyt i długopis do notowania. Tylko czego? Life-work balance? Świętych teorii o pustych słoikach, do których najpierw wrzuca się duże kamienie, a później małe? Przysięgam, że jeśli jeszcze raz o tym usłyszę – to się wyrzygam.

Wolałabym usłyszeć inspirujące historie o tym, jak kobiety – a tak naprawdę ludzie – nie dają się, gdy życie znów im dopierdoli z półobrotu. Gdy nie mają sił wstać z łóżka, a i tak wstają – wbrew work-life balance – bo mają rodzinę do wykarmienia i kredyt do spłacenia. Że miały łatwiejszy start, bo odziedziczyły biznes po rodzicach i kontynuują go bardziej z sentymentu i komfortu łatwiejszego życia niż z pasji. Że wkurza je mąż, bo podświadomie wciąż zakłada, że im pomaga, zamiast czuć się równorzędnym partnerem. O tym, jak wykorzystują swoją urodę, by domknąć sprawy, które im ciążą. Chciałabym posłuchać o tym, że prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą polegającą na doradztwie i są miesiące, w których zarabiają mniej niż najniższa krajowa. Chciałabym dla odmiany słuchać o prawdzie, która nie brzmi zbyt równościowo i nie wpisuje się w trend, ale przynajmniej nie jest tak nierzetelna jak dane statystyczne w Polsce o przedsiębiorczości. „Widzimy nieustanny wzrost liczby nowych przedsiębiorstw w Polsce” – zamiast „Mamy nowy rodzaj śmieciówek, tzw. B2B, w związku z czym rejestruje się mnóstwo nowych działalności, co zaburza realne dane statystyczne na temat przedsiębiorczości”.

Wiecie co? Ja nie chcę spełniać cudzych definicji kobiecości – chcę pisać swoją. Nie chcę żyć w ciągłej obronie. Nie walczę, żeby przeżyć. Tworzę, żeby się rozwijać. A kobiece prawa to nie zestaw do pierwszej pomocy, kiedy nie idzie nam w polityce czy biznesie. To zestaw konstruktorski LEGO dla dorosłych – tylko zamiast instrukcji mamy intuicję, doświadczenie i cichy wewnętrzny szept: „Jedziesz”. Prawo kobiety to prawo do niewiedzy i zmiany. To wręcz luksus kobiety XXI wieku kiedy nic nie “musi”, a wszystko “może”.
Nie wiem, czy za 10 lat nadal będę CEO. Nie wiem, co to znaczy być “kobietą sukcesu”, skoro są miesiące w których firma ma kupę kasy i takie, w których jej nie ma. Jestem jednak pewna, że mam prawo nie wiedzieć i nie chcieć. I nie będę się za to przepraszać.

Nie pytaj mnie, jaka powinna być kobieta. Zacznij pytać, dlaczego w ogóle musi być jakaś odpowiedź.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka