Nieważne, ile relacji zbudowaliśmy, ilu ludzi wydaje się, że znamy – na końcu i tak jesteśmy sami. W zależności od wiary i przekonań: zamieniamy się w energię, trafiamy do wiecznego życia albo spadamy w otchłań potępienia. Niektórzy wracają – podobno jako mrówki. Cóż, długo nie pożyją.
Samotność ma w sobie osobliwą siłę. Myśl, która pojawia się po cichu, jak ziarenko – rośnie, aż wypełnia cały umysł. Pochłania nas bez litości. Nie zostawia ujścia. A strach przed wypowiedzeniem tego na głos sprawia, że staje się jeszcze straszniejsza.
Nikt nie zabiera nam tyle radości, pewności siebie i nadziei, co nasza własna głowa – głowa pełna wątpliwości.
Samotność ma w sobie niezwykłą moc myśli, która pojawia się w naszej głowie zupełnie po cichu i z małego ziarnka rozrasta się, zajmując każdy milimetr naszego mózgu. Pochłania nas, nie dając ujścia, w lęku przed werbalizacją tego, co powiedziane na głos staje się jeszcze bardziej przerażające.
Nikt nie jest w stanie zabrać nam tyle radości, pewności siebie i nadziei, co nasza własna głowa ogarnięta nieustającymi wątpliwościami. „Czy jestem wystarczająca?”, „czy dam sobie radę?”, „czy mam jeszcze siłę?” Boimy się odpowiedzi, bo najtrudniej jest stanąć w prawdzie przed sobą i własnymi lękami.
Na koniec umieramy samotnie. Nie zabierzemy ze sobą nikogo, by było nam raźniej. Wręcz przeciwnie. Im więcej ludzi wokół, tym trudniej się z nimi pożegnać. Jeśli nikogo nie zostawiamy, to w sumie… za czym mamy tęsknić? Mówią, że dobrego auta do trumny nie zabierzesz, ale bliskich też nie.
Boimy się śmierci bez względu na wiek, ale tak naprawdę boimy się też życia. Każdej kolejnej spektakularnej decyzji, która może wszystko zmienić. Zbudować na nowo, na zgliszczach tego, co do tej pory znaliśmy. Jeśli uda nam się odpowiednio doszczętnie zniszczyć też siebie, mamy szansę na odbudowanie siebie na nowo. Straumatyzowanego małego człowieka, z blizn, oparzeń i resztek godności. Taki człowiek z pewnością stanie się niezniszczalny – niczym zombie, którego pokona tylko celny cios w głowę. Mówimy, że stajemy się silniejsi z każdym nieszczęściem – stajemy się też, mniej czuli, mniej otwarci i mniej skłonni do ryzyka. Wegetujmy w panierce własnego cynizmu.
Czasami zastanawiam się, jak skończę. Z pewnością w jakiejś samotni, przytłoczona własnymi myślami, które nie pozwolą mi się z niej wydostać, choćbym bardzo chciała. Żadne dobre słowa wsparcia nie wystarczą w momentach, w których nie mamy już siły ich słuchać. Czasami po prostu nie chce się już słuchać. Lepiej wziąć tabletkę na sen, która pozwoli, choć na chwilę wygłuszyć to, co dręczy naszego wewnętrznego samotnika.
Skoro na koniec wszyscy uciekamy w sen, a śnimy przecież samotnie – to czy sen ostateczny nie będzie przepięknym zwieńczeniem trosk, bólu i nieustannych zmagań?
Ostatni występ na scenie. W najlepszej sukience. W butach, które nie muszą już być wygodne. W makijażu, który nie ma szans się rozmazać.
Samotność nie krzyczy. Wpełza cicho i rozrasta się w nas jak nieproszona myśl. To ona sprawia, że pytania zadawane w środku nocy nie znajdują odpowiedzi, bo czasem nawet nie chcemy ich znać. Życie i śmierć splatają się tu we wspólnym lęku przed utratą – nie tylko bliskich, ale i siebie. Czasem trzeba się rozpaść, by z resztek zbudować coś nowego. Cynizm bywa zbroją, a sen najłagodniejszą formą ucieczki. I że może właśnie ostatni moment samotności będzie najpiękniejszym z naszych występów.