Spójrzmy prawdzie w oczy: daję się robić w bambuko. Odkąd pamiętam, na ładne oczy, ambicję i pochlebstwa godziłam się na projekty, warunki, a nawet dopłacałam czy zarywałam nocki tylko po to, żeby sobie coś udowodnić. Tylko czy na pewno sobie? Chyba później już tylko i aż całemu światu.
Dlatego, kiedy wczoraj przy śniadaniu powiedziałam mężowi, że jednak nie wejdę we współpracę z tym klientem, bo po przeliczeniu roboczogodzin wychodzi o połowę mniej niż moja stawka, zapytał, czy to na pewno mówi do niego jego żona. Ta żona, która nie umie odmawiać, zawsze chce wszystkim pomóc, a nawet dopłacić, byle się wszystko udało. Ta żona, która swój czas i zdrowie stawia na ostatnim miejscu. Już nie.
Ciało czasami stawia nam drastyczne ograniczenia tylko po to, żebyśmy zrozumieli, że w życiu najważniejsze są decyzje, które każą nam z czegoś zrezygnować. Pozbyć się wszystkiego z naszego otoczenia, co ciągnie nas w dół i skupić tylko na tym, co dodaje skrzydeł. Bo jakbyśmy nie selekcjonowali otoczenia, to i tak trafią się kłody pod nogami, które trzeba ominąć, przeskoczyć, a czasem: porąbać.
Ja postanowiłam, że do końca roku odcinam wszystkie gałęzie mojej codzienności, które spinają mięśnie moich pleców i nie dają spać w nocy. No i powiem wprost – mam dość spółek. Chcę odpowiadać tylko za siebie i swoje słowa, decyzje. Nie chcę tłumaczyć się za nikogo za niedotrzymane terminy, warunki czy brak kontaktu. Chcę odpowiadać za wszystkie działy w swojej firmie i mieć samodzielność w kluczowych decyzjach, bez konieczności zwoływania Zgromadzenia Wspólników. 10 lat zgromadzeń i jak na razie, dość.
Dlatego stawiam na nogi swoje, nowe, piękne i wspaniałe „DC – Marta Wójcik” gdzie kluczowy jest mój brand, a zespół tworzę z najlepszych z najlepszych i przede wszystkim zaufanych. 15 lat doświadczenia w biznesie daje mi know-how, dzięki któremu rozumiem, że rozproszona „władza”, brak procedur, problem z „dowożeniem” wyników i kiepskie zarządzanie to największe problemy w firmach (zaraz po rosnących kosztach i zamykaniu granic).
Przez ostatni rok dostałam dwa zaproszenia do startu w konkursach na stanowiska dyrektorskie. Bo prawda jest taka, że konkurs się odbywa, ale osoby, na których zarządzającym zależy, często się na nie zaprasza. Odmówiłam. Miałam też wcześniej propozycję pracy w Kancelarii Premiera – odmówiłam. Praca była ciekawa, ale wiem z doświadczenia, jak łatwo dostać rykoszetem, nawet jeśli nie ma się nic wspólnego z polityką, nigdy nie startowało w wyborach, nie należało do partii, ale pracuje w instytucji podlegającej – ludzie i tak oceniają swoją miarą i wrzucają do jednego worka. A ja tak nie chcę. Nie ma w tym kraju partii, której program w całości by mi odpowiadał, dlatego wolę myśleć samodzielnie i czekać, aż taka się pojawi, by móc ze spokojem i w zgodzie z własnymi wartościami głosować. To nie znaczy, że jako PR-owiec nie realizowałam zleceń dla polityków: oczywiście, że tak. Bardzo wielu z nich bardzo lubię, znam, cenię, a nawet się koleguję (pochodzą z prawie wszystkich ugrupowań). Jestem profesjonalistką i jestem jak restauracja – obsługuję gości, którzy wchodzą i płacą.
Muszę stanąć w prawdzie ze sobą i zrozumieć, że nie nadaję się na etatowca. Nie rozumiem, dlaczego w 2025 roku w Polsce nadal od istotnych doradców wymaga się umów, które uśmiercają możliwość współpracy. Mamy ewoluować tylko jak, skoro pionierów zwyczajnie brakuje.
Mój mąż mnie nie poznaje, bo przede wszystkim przestaję bać się mówić o swojej cenie.
Jako sędziowie tańca czy konferansjerzy wysyłamy swoje stawki i albo ktoś je przyjmuje, albo nie. Dlaczego jako marketerzy mielibyśmy podchodzić do tematu inaczej? Wiadomo, że osoba z dwuletnim doświadczeniem ma inną stawkę niż ta z dziesięcioletnim. Ale skoro u fryzjera może wisieć cennik, to czemu nie u nas? Obecnie godzinna konsultacja z seniorem z mojego zespołu kosztuje 200 zł/h. Jeśli klient chce konsultować ze mną – stawka zaczyna się OD 300 zł/h. Szkolenia wewnętrzne w firmach wyceniam w zależności od czasu potrzebnego na przygotowanie danego tematu. A na eventach? Wszystko zależy od tego co mogę z tego mieć. Podróże po Polsce są liczone dodatkowo podobnie jak wcześniejsze przygotowanie czy analiza (np. konkurencji). Przygotowanie analiz, strategii i audytów dla firm to koszt od 3500 zł do 20 000 zł, a w przypadku złożonych projektów – nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Czas zacząć trzymać się swoich stawek i przestać wszystkim pomagać „po koleżeńsku” albo czekać, że pojawi się bardziej zyskowny projekt, bo one raczej same się nie pojawiają. Nawet jeśli chce się pomóc po kosztach, takie osoby wcześniej czy później i tak znikną.
A jeśli kogoś na nie nie stać… w zespole mam juniorów pod moją opieką, którzy również zapewnią świetną usługę w cenie dostosowanej do możliwości klienta. To nie kwestia obrażania się, tylko uczciwości: rzeczy komercyjne, zwłaszcza doradztwo dla firm i marek osobistych, mają swoją wartość, bo mają skalować i przynosić jeszcze więcej pieniędzy lub korzyści wizerunkowych. Więc wolę mieć dwa spotkania dziennie i resztę czasu poświęcić na rozwój firmy i zarządzanie, niż marnować godziny na… właśnie na co?
W Polsce wciąż mamy ogromne tabu związane z pieniędzmi. Kiedy ktoś mówi, że ma swoją cenę albo że chce dobrze zarabiać, od razu przypisuje mu się negatywne cechy. A ja po prostu uważam, że pieniądze wiele ułatwiają.
Przez całe życie inwestujemy w siebie: w rozwój, doświadczenie, kwalifikacje po to, żeby nasze wynagrodzenie rosło, a nie malało. I co ciekawe, te przemyślenia wynikają przede wszystkim z mojego stanu zdrowia i zrozumienia na własnym przykładzie zasady z instruktażu samolotowego: najpierw zakładamy maskę sobie, żeby później móc pomóc innym.