Blog

Minęło 5 dni. Mamy sobotę rano, a poniedziałek, w którym mnie kroili, wydaje się już tak odległy.

Cały poniedziałek uśmiechałam się do koleżanek z sali i je uspokajałam. Było opóźnienie w operacjach, więc przyjechali po mnie koło 16.00 do sali numer 9 na 2. piętrze. Położyłam się zgodnie z poleceniem na łóżko, przykryli mnie kołderką. Jechałam, patrząc w sufit i przypominając sobie wszystkie filmy, na których widzimy ujęcie z perspektywy pacjenta patrzącego na mijane LED-owe lampy na suficie. Po drodze żartowałam z pielęgniarkami, bo przecież nie byłabym sobą, jakbym nie próbowała rozładować napięcia – przede wszystkim swojego. W sali operacyjnej, niczym szum w oddali, słyszałam rozmowę witającej się drugiej zmiany, a ja skupiałam się na monitorze pokazującym pracę mojego serca. Robiłam oddechy, jeden po drugim, próbując się wyciszyć i uspokoić. Pani założyła mi wenflon i uprzedziła, że poda środek, który spowoduje lekkie zawroty głowy. Patrzyłam, jak obok mnie na łóżku operacyjnym montują dziwne poducho-nakładki, które miały posłużyć do położenia mnie na brzuchu, by gładko rozpruć moje plecki. Zastanawiałam się, jak zamierzają mnie obrócić, kiedy zaczęło mi wirować w głowie. Jeszcze nie zasypiałam. Skupiłam się mocno, by zachować trzeźwość umysłu, a pani nałożyła mi maskę tlenową, prosząc, bym głęboko przez nią oddychała. Właśnie wtedy przyszedł moment paniki i ta myśl, czy dobrze robię, że to ostatnia szansa, żeby odmówić i wtedy odpłynęłam…

Obudziłam się po ponad 3 godzinach na sali pooperacyjnej. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłam? Poruszałam stopami, sprawdzając, czy czuję palce u nóg. Cóż za ulga. Pani wezwała pielęgniarza, który zabrał mnie do sali. Nie pamiętam drogi, ale pamiętam, jak wyjechałam na korytarz i zobaczyłam białego jak ściana męża. Powinnam być na swojej sali prawie 1,5 godziny wcześniej, więc nic dziwnego, że wyglądał zapewne gorzej niż ja. Podniosłam rękę i mu pomachałam, a on z ogromną ulgą i napływającym kolorem do twarzy, odmachał mi i powoli szedł ze mną. Później pamiętam tylko urywki: kolejne kroplówki i informowanie rodziny, że jest OK. Jak mam być szczera, myślałam też o tym, jak bardzo jestem głodna, bo zdałam sobie sprawę, że ostatni raz coś w ustach miałam ponad 24 godziny wcześniej. Mój neurochirurg przyszedł po chwili, by powiedzieć z uśmiechem: „Wyrwaliśmy spory kawał dysku, wszystko się udało”. A później mnie zbadał, by upewnić się, że żaden nerw nie został uszkodzony. Wszystko czułam, a kiedy w nocy zachciało mi się siku, poczułam tak ogromną ulgę, że panuję nad własnymi potrzebami i jestem w stanie je kontrolować, że się wzruszyłam. Nigdy nie sądziłam, że samo uczucie „bardzo chce mi się siku” przyprawi mnie o łzy wzruszenia.

Pięć dni po – wszystko działa. Już teraz boli mnie mniej niż przed operacją, ale prawda jest taka, że to nie ból doprowadził mnie na stół, tylko ryzyko, że w każdej chwili to, co się wylało, może pęknąć i sprawić, że będę kaleką do końca życia. Wszyscy znajomi doradzali mi rehabilitację, a z drugiej strony rehabilitanci, fizjoterapeuci mówili, że bez operacji nie będę mogła już nigdy normalnie funkcjonować. Nie otrzymałam ani jednej innej opinii – ani od lekarzy, ani od fizjoterapeutów. Prawda jest taka, że każdy przypadek jest inny i czasami decyzja nie wynika z odwagi, tylko z braku alternatywy.

I co dalej? Czas na zmiany! Czas na życie tu i teraz, a nie tym, co było lub tym, co ma być. Czas na czerpanie z każdej chwili i bycie dla siebie mniej wymagającą. Czas na zrozumienie, że nie każdemu się dogodzi i wcale nie musimy nikomu dogadzać. Czas na asertywność wobec własnej ambicji i poczucia niezastąpienia. Każdego przecież da się zastąpić – mnie też. Czas na branie odpowiedzialności tylko za swoje życie i decyzje, bo ludzie są dorośli i każdy odpowiada tylko za własne czyny. Przecież zgadzamy się na rzeczywistość, w której żyjemy, a jeśli towarzystwo nam nie odpowiada, wstajemy i zmieniamy stół. Ja już zmieniłam stół, a teraz czas, żebym zaczęła rozdawać też karty własnej codzienności i robiła to, co umiem najlepiej – działać i współpracować, zamiast błyszczeć i debatować. Czas na erę Wójcik w najlepszym wydaniu. I tak – to będzie mój czas dla siebie i na własnych warunkach.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka