Blog

Między prawdą, a komfortem – wybór codzienny

Kiedy byliśmy mali, często zwalaliśmy winę na innych. „Mamo, to nie ja – to Gosia.” Zawsze był winien ktoś inny: brat, nauczycielka albo jakaś sytuacja – byle nie my sami.

Wraz z wiekiem nie każdy z nas dojrzewa na tyle, by wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i wybory. To nie kwestia wieku, rodziny, dzieci czy zobowiązań. Dorosłość nie zawsze idzie w parze z dojrzałością. Nadal zrzucamy winę na innych, oczerniamy ich tylko dlatego, że nie potrafimy znieść własnego odbicia w ich oczach. Prawdziwego lustra ich emocji. Boimy się, że widzą nas takich, jakimi jesteśmy naprawdę, a przecież tych „prawdziwych nas” wcale nie lubimy. Więc jak inni mogą obdarzyć nas sympatią, skoro tak często my sami brzydzimy się siebie i swoich wyborów? 

Mówimy górnolotnie o wartościach, których się trzymamy. Ale to nie słowa świadczą o wartościach, lecz wybory, których dokonujemy. Słowa bez czynów są puste, a dojrzałość to umiejętność stanięcia w prawdzie przed sobą, by zrozumieć, kim jesteśmy. Mimo wszystko wciąż mamy wybór. Możemy stanąć po dobrej albo złej stronie barykady. Możemy zdecydować, kim chcemy się stać, zamiast tylko mówić, kim jesteśmy i nigdy się nimi nie stać.

Czy będziemy bronić ofiary? Czy będziemy milczeć, a może w ciszy szeptać, że nam przykro, ale tak by oprawca nie usłyszał? A może wolimy przyklasnąć oprawcy, bo przecież to bezpieczniejsze, stabilniejsze i z perspektywą na przyszłość? Tylko… jak kończą przyklaskiwacze? Czy historia o nich wspomina? Czy to nie właśnie oni w PRL-u donosili na sąsiadów? Czy to nie oni odwracają głowę, gdy komuś dzieje się krzywda? Czy to nie oni awansują, sprzedając kolegów za premię? Czy to nie oni wiecznie sądzą, że wszyscy dookoła są winni tylko nie oni? Bo przecież oni są w „wyjątkowej sytuacji” i „nie mają wyjścia”. Nawet gdy dostają szansę, nie wykorzystują jej, bo tak jest po prostu wygodniej. Lepsze znane piekło niż nieznane niebo – mówią. Tak właśnie mówią kobiety tkwiące w przemocowych związkach. To mechanizm znany jako syndrom kopenhaski. Wmawiamy sobie, że nie możemy uciec. Opowiadamy o tym wszystkim dookoła, żeby w końcu samych siebie przekonać. „Może pije, ale przynajmniej nie bije – więc mnie szanuje.” Nieważne, czy chodzi o dom, pracę, środowisko towarzyskie, sąsiedztwo czy jakiekolwiek inne miejsce. Wybór zawsze zaczyna się od nas.

Ale jest jeszcze gorsza grupa niż przyklaskiwacze… Ci, którzy ukrywają swoje decyzje pod płaszczykiem dobrej woli. „Święci”. Co niedziela w kościele, bo pozory trzeba zachować. Powtarzać modlitwy jak mantrę, by samemu sobie wmówić dobre intencje. Najczęściej twierdzą, że „nie chcieli nikomu zaszkodzić”, albo że „nie mieli wyboru”. Szukają pretekstu. Szukają wymówki, by czegoś nie zrobić. By nie ryzykować. Bo po co. Znajdują złudne powody, by nikt nie dostrzegł ich prawdziwych intencji. Naiwnie wierzą, że ludzie nie widzą, co kryje się pod maską uśmiechu i niekończących się frazesów typu: „ja tylko chcę dobrze”, „robię to dla dobra wspólnego”, „nie chciałam nikomu zaszkodzić”. A w rzeczywistości przeżywają życie w cieniu cudzych decyzji, godząc się z nimi, udając, że są neutralni. I wciąż powtarzają, że przecież „wyrazili swoje zdanie”, tylko… nie mieli wpływu. Wpływ ma się zawsze. Tylko trzeba mieć odwagę, a czasem ogromne jaja żeby stanąć w czyjejś obronie, ryzykując własny komfort. Ale oni wolą szeptać zza pleców. Udawać świętych. I budować długie eseje uzasadniające swoje pokręcone, owinięte w kokardki hipokryzji decyzje.

Między prawdą, a komfortem – wybór codzienny 2

Pamiętajmy – nie słuchajmy słów, patrzmy na czyny. Wyciągajmy wnioski z działań, nie z pustych obietnic. Bo przecież to jak w polityce:
Nieważne, co mówi polityk – ważne, co zrobi.
Nieważne, co obiecuje szef – ważne, jak Cię traktuje.
Nieważne, czy mąż zapewnia Cię o miłości – ważne, czy nie robi tego chwilę po tym, jak Twoja twarz spotkała się z podłogą.
Nieważne, czy ktoś mówi, że próbuje Cię bronić – ważne, czy faktycznie stanął w Twojej obronie.

Nie żyjemy w czasach sprzedawania się. Takie czasy nigdy się nie skończyły. Zmieniliśmy tylko język. Zamiast „donosów” – „lojalność”. Zamiast odwagi – „dyplomacja”. Ale mechanizmy zostały te same: wygoda, strach, ucieczka od odpowiedzialności.
Wyciągnijmy wnioski. Bo każdy dzień to szansa, żeby przestać grać rolę w cudzym teatrze i napisać własny scenariusz. Możemy nie mieć wpływu na wszystko, ale zawsze mamy wpływ na to, kim się stajemy.
Nie zmienimy przeszłości, ale możemy zmienić reakcję na nią.
Nie cofniemy ciosów, ale możemy nauczyć się stawiać granice.
Nie odwrócimy wzroku, ale możemy spojrzeć prosto w oczy sobie samym.
Dojrzałość to nie heroizm. To codzienna decyzja, by nie iść na skróty. A zmiana zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się wygodna wymówka. Więc jeśli coś boli – to dobrze. To znaczy, że jeszcze czujesz.  A jeśli czujesz… to znaczy, że możesz jeszcze coś zmienić.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka