Ludzie wyspecjalizowali się w wielu kierunkach. Sama mam za sobą sporo lat edukacji i kilka specjalizacji. Jednak najefektywniej sprawdzam się w paleniu mostów. Dlaczego? Bo często działam zbyt emocjonalnie, zamiast racjonalnie przeanalizować skalę możliwych zysków i strat. Czy to szczerość, czy zwykła impulsywność?
Nie jest łatwo przetrwać w gąszczu spraw i zobowiązań, które na siebie wzięłam, bo przecież zawsze jest dla mnie za mało. W nieustannym biegu, gdy ktoś podstawia Ci nogę, nie czekasz, aż skończysz maraton, by powiedzieć mu dyplomatycznie: „Przykro mi, że tak się zachowałeś. Zawiodłam się”. Zamiast tego wydzierasz się podczas biegu: „Zabierz tę pierdoloną nogę, bo kogoś zabijesz!”, a potem nie masz już co liczyć, że ktokolwiek się do Ciebie odezwie. Wyjątkiem są może silne więzy rodzinne i prawdziwi przyjaciele, którzy nie odwrócą się od Ciebie z powodu jednego słabszego dnia. Zbyt dobrze Cię znają, by poczuć się dotknięci Twoim słabszym dniem.
Ja jednak potrafię pójść na całość. Jak to mówię: „Albo grubo, albo wcale”. Kiedy ktoś wyprowadzi mnie z równowagi, nie tylko mu odpyskuję, ale jeszcze napisze o tym post czy wpis na blogu. Anonimowy, ale wystarczająco czytelny dla bardziej zorientowanych, by bez trudu rozpoznać mojego aktualnego oprawcę, wroga czy po prostu irytującego człowieka.
Mam w swoim otoczeniu kilka rozsądniejszych osób, które studzą moje emocje i zachęcają do gry w szachy zamiast wojnę. Na podium tego zacnego grona stoi moja genialna prawniczka oraz koleżanka od kilku wspólnych projektów. Uczę się brać głęboki oddech, zanim naprawdę wywalę co myślę wszystkim ludziom, którzy nie zasłużyli na moją najmniejszą uwagę w życiu. Później jednak się zatrzymuję. Zazwyczaj jak już wszystko na głos wyrzucę z siebie i zaczynam na chłodno analizować, a nawet usprawiedliwiać ich złowieszcze działanie. Szukam przyczyn w ich wychowaniu, braku odpowiednich wzorców, trudnej sytuacji życiowej czy finansowej, naiwności, a czasem zwykłej głupoty wynikającej z braku doświadczenia (która jest szansa, że z wiekiem przejdzie).
Z jednej strony zastanawiam się, dlaczego palę mosty, które może kiedyś mogłyby mi się przydać. Przecież nie powinnam „wylewać dziecka z kąpielą”. Czasami jednak myślę, że w ten sposób chcę zamknąć sobie drogę powrotną do pewnych toksycznych relacji i sytuacji. Uniemożliwić sobie powrót do tego, co było dla mnie szkodliwe. To trochę jak sabotowanie możliwości, które mogłyby przynieść mi pieniądze i korzyści, ale jednocześnie zmusiłyby mnie do zaprzedania własnych ideałów..
Zazwyczaj po kilku tygodniach, gdy kurz opada, moje negatywne emocje zamieniają się w czystą empatię. Zastanawiam się, jak bardzo ktoś musi się bać i nie wierzyć w swoje możliwości, by decydować się często na tak niemoralne i nieetyczne zachowania w stosunku do innych ludzi. Ale może właśnie na tym polega różnorodność? Są ludzie, którzy tworzą, by przekazać swoją wizję dalej i ruszyć w świat, by nadal kreować. I są tacy, którzy wolą kroczyć już znaną, przetartą ścieżką, czasem coś kombinując na swoją korzyść, bo do obrania nowej drogi i podjęcia ryzyka zwyczajnie nie mają odwagi.
Najłatwiejszy sposób na spalenie mostu? Powiedzieć, co się naprawdę myśli…
Palenie mostów poprzez mówienie głośno lub prosto w twarz o tym co się wydarzyło czy o danej sytuacji, tak naprawę nie ma to najmniejszego racjonalnego sensu. Najbezpieczniej jest uśmiechać się i przytakiwać, zamiast podejmować ryzyko zmiany. Otwarte lub choćby uchylone drzwi są zawsze lepsze niż te zatrzaśnięte na dobre.
Uprzedzam – pisanie bywa jeszcze bardziej destrukcyjne. Słowa zapisane na papierze (lub ekranie) mogą być analizowane w nieskończoność przez osobę, której dotyczą. Mogą wracać do niej raz za razem, obciążone emocjami autora.
Gdy piszę, zazwyczaj chcę pokazać ludziom, że znam prawdę. Że wiem, co zrobili – czy z premedytacją, czy z naiwności, a może nawet z bezradności. A może po prostu przytakiwali, bo brakowało im charakteru. Może nie mieli wyjścia, bo sytuacja finansowa i np. małe dzieci zmusiły ich do pewnych decyzji. Powody są różne, często bardzo ważne, ale w końcu o tak trzeba stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie w oczy, mówiąc: „Sprzedałem się, ale zrobiłem to dla dobra własnych dzieci”. I być może to jeden z najważniejszych powodów na świecie. Tak jak ucieczka z kraju zamiast obrony ojczyzny – nie po to, by zdradzić, ale by ratować rodzinę. Nie jest to ani lepsze, ani gorsze. Nie podlega moralnej ocenie. To po prostu wybór, który był najlepszy dla tej konkretnej osoby.
Być w prawdzie ze sobą – tylko to ma znaczenie.
Czy to znaczy, że ja nigdy się nie sprzedałam? Ha! Oczywiście, że nie!
Pewnie sprzedałam się o wiele więcej razy niż Ty – i to z najróżniejszych powodów. Chciałam sobie udowodnić, że coś potrafię. Potrzebowałam pieniędzy na opłacenie studiów (i na przykład pojechałam jako tancerka, by zatańczyć dwa razy na koncertach disco polo). Sprzedawałam produkty i usługi, w których działanie nie wierzyłam. Przytakiwałam na spotkaniach osobom, których nie szanowałam i z którymi się nie zgadzałam.
Bardzo często się sprzedawałam – i potrafię się do tego przyznać sama przed sobą. Może właśnie o to chodzi w paleniu moich mostów. Nie chcę mieć powrotu do osób, miejsc i sytuacji, które nie powinny być częścią mojego życia, bo ciągną mnie w dół i sprawiają, że staję się człowiekiem, którego nie lubię – takim, który sprzedał się dla paru złotych lub dla dziwnych relacji w życiu. Może to się nie opłaca finansowo, ale daje ujście emocjom. Sprawia, że są czystsze, a odbicie w lustrze przestaje być tak odrażające. Chcę patrzeć w lustro i widzieć osobę, którą szanuję. Właśnie z tego powodu ostatnio odmówiłam objęcia wysokiego stanowiska. Byłoby to prawdopodobnie najwyższe i najlepiej płatne stanowisko, jakie kiedykolwiek miałam (zdecydowanie z największym budżetem do zarządzania). Jednak wiem, że chcę budować coś własnego – coś, co przetrwa po mnie i z czego będę dumna, zamiast dostosowywać się do wizji ludzi, którzy są mi zupełnie obcy. Wolę zaryzykować na własnych zasadach, niż zgodzić się na te, do których nie jestem przekonana. Chciałabym przestać palić mosty, a przede wszystkim – nie mieć już do tego powodów. Chciałabym spotykać w życiu tylko takie sytuacje i ludzi, którzy będą budować nie tylko mosty, ale całe wieżowce. Chcę sięgać wyżej, wiedząc, że zgliszcza, które wielokrotnie zostawiałam za sobą, stały się nawozem dla moich korzeni.
Każdy spalony most to doświadczenie – czasem gorzkie, bolesne, ale zawsze potrzebne, by zdefiniować kim jesteśmy. Może dziś jeszcze budujemy mosty po to, by pewnego dnia postawić całe miasto. Może dzisiejsze ruiny są fundamentem jutrzejszego imperium. Nie chodzi o to, by żyć bez błędów, ale by nauczyć się z nich budować. W końcu to nie ruiny mnie definiują, ale to, co z nich powstanie.