Blog

Lubię pieniądze

Dziś porozmawiajmy o jednym z największych tabu naszych czasów: pieniądzach. Lubię pieniądze, ale nie dla samego posiadania i kolekcjonowania niczym znaczków pocztowych, tyle że na koncie, ale dla braku ograniczeń w decyzjach, jakie codziennie podejmuję. Przecież jednym z głównych ograniczeń, jakie mamy w życiu są pieniądze. To dostęp do nich najbardziej dzieli społeczeństwo i zamyka w bańkach wypaczonej świadomości wokół towarzystwa podobnego do nas samych, w których się obracamy.
Pieniądze dzielą. Zobaczcie, jak często na różnych grupach, np. składkowych na wieczór panieński, w szkole czy przy wspólnym wyjeździe to właśnie one powodują jeden z największych podziałów. Brak zrozumienia wśród osób, które zarabiają więcej, dla tych, które zarabiają mniej, i hasła w stylu: „takie są czasy”, „taniej się nie da”, „nie chcesz, żeby to jakoś wyglądało?”. Oczywiście, że ta osoba chce, ale zwyczajnie jej nie stać. Oceniamy innych i zarazem ich wyceniamy. Ile ktoś jest wart poprzez logo na torebce czy zegarku. Obłęd.
Lubię pieniądze i konsekwentnie pracuję na to, by je mieć. Krok po kroku, inwestując więcej niż konsumując na co dzień. Dlatego złotówka, nawet ta z większym ryzykiem, ale która może się ciężką pracą pomnożyć, jest dla mnie bardziej wartościowa niż powrót do bezpiecznego etatu. Bo co prawda niesie ryzyko, ale również szansę.
Co mogę powiedzieć ludziom z rodzinno-finansowym zapleczem? Zazdroszczę im! Nie złośliwie i ze złym nastawieniem, ale zwyczajnie, bo po prostu też bym tak chciała. Pamiętam, że kiedyś przy kawie rozmawiałam z koleżanką, która stwierdziła, że do wszystkiego doszła sama. Od rodziców dostała TYLKO mieszkanie! Tylko? W dzisiejszych czasach TYLKO mieszkanie 50 m² to mieć albo nie mieć około 500 000 zł (przynajmniej w Białymstoku). Prezent za pół miliona nie brzmi zdecydowanie jak nic. Ja bym za taki prezent dziękowała z łzami, ale nie każdego rodziców na to stać. To normalne. To jest standardem, a nie prezenty w postaci mieszkań czy samochodów.
Zazdroszczę też osobom, które otrzymały firmy, czyli członkom firm rodzinnych. Wejść w gotową infrastrukturę to zupełnie inna ścieżka niż budować od zera. Przynajmniej nie trzeba zastanawiać się, od czego zacząć. Już nawet nie chodzi tutaj o kasę, ale o to, że to jak budować dom na pustej działce w porównaniu do remontu domu, który się kupiło na rynku wtórnym. Może nam się nie podobać, może mieć hipotekę, ale podczas remontu wymieniamy to, co zużyte lub co nam nie pasuje, ale nadal możemy już w nim zamieszkać. A nie stać w polu, czekając na wbicie pierwszej łopaty i dziwiąc się ile elementów i kabelków może zawierać w sobie jedna betonowa ściana.
Trump szczyci się tym, że od ojca dostał tylko 1 milion $ (czyli w tym okresie pewnie jakieś 5–6 milionów PLN). Ustalmy, że łatwiej zacząć budować coś, mając 5–6 milionów, niż nic. Parę lat mija w firmie, zanim takimi pieniędzmi się obróci, a co dopiero mówić o zysku, który można by było zainwestować w biznes.
Lubię pieniądze, bo w jakiś sposób dają mi wolność, a z drugiej strony prowadząc firmę często przysparzają więcej problemów niż pewnie zdrowie fizyczne jest warte. Bo nie zna biznesu ten, kto nie musiał płacić VAT-u od faktur, które wystawił za pracę, a na które czekał od klienta parę miesięcy, lat, a nawet się sądził.
Pamiętam, jakie progi w życiu sobie stawiałam, planując, ile będę zarabiać. Za każdym razem, kiedy przekraczałam ten próg, wydawało mi się to niewystarczające i chciałam więcej. To takie błędne koło konsumpcjonizmu. Marynarka z poliestru bez metki kosztuje 100 zł, a ta
z metką, ale nadal z poliestru – 500 zł. Skład się nie liczy, kiedy inni widzą metkę. Naprawdę, jako ludzie jesteśmy tak głupi i puści, jak w filmach o apokalipsie, do której sami doprowadziliśmy.
Mamy obecnie trendy na obnoszenie się z wydawaniem kasy i ludzie chcą to oglądać (co widać po wynikach i wyświetleniach). Zdjęcia przy kawce w centrum, na modnej imprezie z drogimi biletami czy w najlepszych hotelach all inclusive. Ja nie oceniam, bo sama niejednokrotnie wpadam w automatyczne schematy trendowego contentu i nawet czasem przez niego czuję się jakoś lepiej. Jakbym była ważniejsza. A zupełnie nie jestem, bo nieważne, w jakim bucie stoję i kawę z jakim logo trzymam nadal moja wartość końcowa pozostaje taka sama.
Łatwiej mieć niż nie mieć. I mówię to z doświadczenia, bo był okres, w którym żywiłam się makaronem z sosem pieczeniowym miesiącami. Jednak taki czas pozwala mi docenić, jak wiele mam. Jakim błogosławieństwem jest w chorobie mieć własne podwórko, na które można wyjść, okryć się kocykiem i poleżeć. Od operacji, czyli dokładnie od miesiąca ani razu nie zrobiłam makijażu, nie wystroiłam się, ani nie „bywałam”, a moje życie wcale się nie zmieniło. Mimo że spędzam je w dresach, a czas wolny na spacerach, szkoleniach online i grach planszowych. Sądziłam, że będę czuła, że coś mnie omija. Wręcz przeciwnie mam wrażenie, że zaczynam komunikować się ze sobą i rozumieć siebie. Doceniać siebie i czuć się ważna dla siebie. Poznaję i rozumiem swoją wartość, z której nie powinnam schodzić. Bo nie jestem dodatkiem, przypadkiem i ładnym nazwiskiem.
Nie bój się przyznać, że pieniądze są ważne i można je lubić. Nie bój się przyznać, że niektóre rzeczy robimy dla pieniędzy, bo bez nich przecież nie da się żyć. Nie bój się odmawiać w obawie przed oceną, że ktoś pomyśli, że robisz coś dla kasy – przecież możesz robić coś dla kasy. A jak z tego nie ma takiej kasy, jakiej chciałeś, zawsze możesz zmienić swoją ścieżkę. Czasem zdrowy egoizm jest ważny, bo Ty powinieneś być najważniejszy dla siebie.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka