Budzicie się za wcześnie, bo ciągnie Was w plecach. Jeszcze zanim otworzycie oczy, już wiecie, że ciało ma dla was wiadomość, a raczej alarm o nieprzyjemnym brzmieniu. Więc robicie to, co robią odpowiedzialne dorosłe kobiety, które próbują udawać, że mają kontrolę nad swoim życiem. Rozkładacie matę, ruszacie na trening i macie nadzieję, że poranny rozruch coś odblokuje, że kręgosłup puści i że głowa wróci na miejsce.
Ale nie.
Pod skórą nadal czujecie, że coś się szykuje, bo wasze mięśnie z pewnością się nie mylą. One wiedzą szybciej niż kalendarz, szybciej niż telefon, szybciej niż skrzynka mailowa więc zagryzacie zęby i czekacie, co się wydarzy.
I wtedy TRACH. Zaczyna się.
Nowy pracownik was wystawia, przesyłka, bez której nie możecie skończyć projektu nie dochodzi na czas, klient czepia się umowy, ekspres się zawiesza dokładnie wtedy, kiedy kawa jest już nie przyjemnością, tylko narzędziem przetrwania, filiżanka leci z dłoni i rozpada na kawałki, a telefon dzwoni, kiedy właśnie próbujecie odpowiedzieć na wiadomość, której nawet nie chcecie otwierać. Ktoś pyta o coś, co było ustalone, a ktoś inny nie zrobił tego, co miał zrobić. A Wy znowu myślicie sobie: ile razy mam to układać od nowa?
Jesteście jedenastą godzinę w pracy i próbujecie utrzymać poziom skupienia jak pół doby wcześniej, ale go nie ma. Nie ma tej ostrości, nie ma cierpliwości i nie ma zasobów. Została tylko funkcja awaryjna i automatyczne odpowiadanie: „zaraz sprawdzę”, „wrócę z informacją” i kciuk do góry.
Nie jesteście w stanie przypomnieć sobie, kiedy ten nieszczęsny czarny kot przebiegł wam drogę. Tylko że nie było żadnego kota. Są dni, w których nawet pech nie jest potrzebny. Wystarczy zwykłe życie, spiętrzone w jednym miejscu i czasie.
Więc szukacie pocieszenia… ale nie wśród ludzi, bo aktualnie macie ich wszystkich gdzieś. I nie chodzi o to, że ich nie lubicie. Po prostu nie macie już miejsca na kolejne emocje, kolejne potrzeby, kolejne „a możesz tylko?”. Nie możecie. Nie teraz.
Szukacie więc ratunku w dźwiękach. W muzyce, która ma was podnieść z podłogi, nawet jeśli fizycznie nadal siedzicie przy biurku. W kawałku, który kiedyś dawał wam siłę, w refrenie, który przypomina, że jeszcze nie wszystko zostało przegrane i w basie, który przez chwilę zagłusza myśli.
Bo najgorsze jest nie to, że coś się sypie. Sypało się już przecież wiele razy. Najgorsze jest, kiedy się nie chce. Kiedy nie widzi się sensu. Kiedy każda rzecz wygląda jak kolejny kamień do przeniesienia z jednego końca życia na drugi. Kiedy nawet sukces smakuje jak obowiązek, bo przecież za chwilę i tak trzeba będzie rozwiązać następny problem.
Ale gdybyśmy uzależniały chęć tylko od czynników zewnętrznych, nigdy nie miałybyśmy szansy poczuć się pewnie same ze sobą, bo jeśli moje poczucie siły zależy od tego, czy klient jest zadowolony, pracownik odpowiedzialny, ciało sprawne, kawa gorąca, a wszechświat łaskawy, to ja nie mam siły – mam tylko chwilowy komfort. A komfort to nie to samo co pewność.
Nic przecież nie daje nam takiej pewności jak my same sobie. Na pewno nie motywacyjne cytaty, nie lajki i nie cudza obecność. Nie pochwała i nie fakt, że ktoś akurat dziś nas docenił. Tylko ta cicha, czasem wkurzona, czasem zmęczona świadomość: ja już tyle razy przez to przeszłam i znowu przejdę.
Wiecie, czemu my, kobiety niezależne, jesteśmy jednocześnie na pozycji przegranej i wygranej? Bo nasze życie naprawdę zależy od nas i to jest ogromna siła, ale to jest też ogromny ciężar. Z jednej strony same decydujemy, zarabiamy, budujemy, odchodzimy, kiedy trzeba i zostajemy, kiedy chcemy. Podnosimy się, nawet jeśli nikt nie poda ręki. Mamy własne zdanie, własne konta, własne samochody, własne domy, własne firmy, własne plany i własne ambicje. Z drugiej strony nigdy nie dałyśmy sobie przywileju bycia zaopiekowaną. Tak po prostu, bez zasługiwania i bez udowadniania, że najpierw wszystko zrobiłyśmy same. Bez wstydu, że czegoś nie dźwigamy. Nie dałyśmy sobie prawa do beztroski, do niefrasobliwości i do tego, żeby przez chwilę nie wiedzieć, co dalej. Do tego, żeby ktoś inny powiedział: ja to wezmę, Ty odpocznij, bo my przecież nie odpoczywamy.
Same sobie zbudowałyśmy ten los i same bierzemy go na bary. Dźwigamy tysiąc spraw każdego dnia, bo po prostu trzeba dźwignąć. Bo jak nie my, to kto? Bo przecież damy radę, skoro zawsze dawałyśmy. I ja nie mam wątpliwości, że dam sobie radę. Ale czasem myślę, pewnie jak każda z nas: kurwa, ile jeszcze?
Cały czas wydaje nam się, że już mamy system, że już wiemy, jak działać, że mamy procedurę na kryzys, excela na finanse, checklistę na projekty, plan B na ludzi, plan C na awarie i jeszcze awaryjny uśmiech na spotkania.
A wtedy Bóg, Wszechświat i Los siedzą sobie gdzieś razem, popijają lemoniadę, śmieją się pod nosem i podziwiają naszą syzyfową pracę. Patrzą, jak walczymy z kolejnym efektem motyla, który zaczął się od jednej drobnej rzeczy, a kończy tym, że o 22:00 stoimy w kuchni z szklanką wody, prochami na uspokojenie i nie wiemy, czy bardziej chce nam się płakać, krzyczeć, czy spać.
Kobieta jest siłaczką, ale naprawdę miło byłoby czasem nie musieć nią być. Tylko czerpać pełnymi garściami z jakiejś idyllicznej rzeczywistości, która może nie istnieje, ale przecież czasem człowiek ma prawo sobie ją wyobrazić.
Utopio – gdzie jesteś? Utopia, w której nic nie trzeba natychmiast, której ktoś pamięta za nas, w której nie wszystko opiera się na naszej gotowości i w której można się położyć i nie analizować, czy świat się zawali, jeśli przez godzinę nie będziemy dostępne.
Czasami zastanawiam się, jakim cudem nie jebnął mi jeszcze kręgosłup, skoro całe życie tyle na sobie dźwigam. Może ciało jest mądrzejsze ode mnie i daje znać wcześniej. Może ten ból pleców nie jest przypadkiem. Może to nie tylko trening, zła pozycja przy biurku, stres i za mało snu. Może to ciało mówi: Marta, ile jeszcze chcesz na mnie położyć?
Bo najtrudniejsze nie jest samo dźwiganie. Najtrudniejsze jest to, że człowiek się do niego przyzwyczaja. Z czasem przestaje pytać, czy powinien. Pyta tylko, jak… Jak to ogarnąć? Jak wytrzymać? Jak zdążyć? Jak się nie rozpaść publicznie?
Tylko nikt nie pyta, ile kosztuje to ogarnięcie, a kosztuje dużo.
I może dziś nie mam jeszcze odpowiedzi, jak to wszystko zrobić bez kosztów własnego JA. Ale mam decyzję.
Nie będę już romantyzować przeciążenia. Nie będę udawać, że kobieta, która wszystko dźwiga sama, jest zawsze silna. Czasem jest po prostu samotna w odpowiedzialności, czasem jest zmęczona i czasem potrzebuje, żeby ktoś przestał ją podziwiać, a zaczął wspierać, bo podziw nie odciąża pleców.
Więc jeśli dzisiaj też macie taki dzień, w którym wszystko jest nie tak, nie będę Wam pisać, że jutro będzie pięknie. Może będzie, może nie. Nie jestem wróżką od afirmacji. Powiem tylko: nie musicie dziś wygrywać całego życia.
Czasem wystarczy nie dołożyć sobie kolejnego ciężaru. Odłożyć jedną rzecz. Poprosić o pomoc. Nie odpisać natychmiast. Zjeść coś normalnego. Włączyć muzykę. Rozprostować plecy. Powiedzieć sobie prawdę bez wstydu: jest mi ciężko.
To nie odbiera siły. To ją przywraca