Blog

Kobieta, która nie umie utrzymać języka za zębami

Czy wiecie, że francuskie sformułowanie „savoir-vivre” znaczy w tłumaczeniu „żyć zgodnie z obyczajem społecznym”? Mnie jednak kojarzy się to ze słowami mamy, które tak często słyszałam: „nie wypada”. Szczególnie w dzieciństwie, kiedy koleżanki bawiły się lalkami albo chodziły na spacery, a ja często z dużo starszymi chłopakami grałam w piłkę nożną na naszym „Wembley” przy ulicy Kolejowej w Uhowie.

Niestety to „nie wypada” tak bardzo zalazło mi za skórę, że do dziś (nie wiedzieć czemu) robię rzeczy, które „nie wypadają” grzecznej i dobrze wychowanej dziewczynce. Naprawdę uważam, że rodzice dobrze mnie wychowali: na grzeczną i poukładaną. Ale usamodzielnienie się tuż po maturze szybko stworzyło ze mnie potwora. Zrozumiałam, że w życiu możemy tak naprawdę liczyć tylko na siebie, a większość tego, co mamy, musimy sobie wydrzeć światu i ludziom.

Największy problem z zasadami dobrego wychowania mam z nie poprawianiem innych i nie wytykaniem im błędów. Może nie robię tego przy winie na bankiecie, ale moja tablica i blog stały się Golgotą głupoty, naiwności i ignorancji. I wierzcie mi – za ten publiczny lincz, nawet jeśli tylko część osób wie, o kim piszę, na końcu zawsze najwięcej płacę ja.

Ostatnio w ciekawy sposób straciłam przez to klienta. Wysłałam dość ostry mail do podwykonawcy z uwagami – obrazowymi i bezpośrednimi – by poprawić komunikację i zrozumienie. Cel był prosty: dawać im dokładnie to, czego oczekują. Okazało się jednak, że moje uwagi nie dotyczyły samego podwykonawstwa, lecz uwag jednej z dyrektorek w korporacji, w której ego nieświadomie uderzyłam. Efekt? Zawieszona współpraca – zapewne przed zakończeniem. Wystarczyło nie nacisnąć „wyślij”.

Moje bezpośrednie uwagi nigdy nie są atakiem. To efekt perfekcjonizmu. A jednak zawsze ktoś czuje się urażony nawet jeśli nie miałam pojęcia, że dana osoba stoi za decyzją czy realizacją. Mój perfekcjonizm i potrzeba robienia rzeczy lepiej uderza głównie w tych, dla których minimum jest wystarczające.

Moja agencja marketingowa ma cztery miesiące, ale to kontynuacja mojej drogi z DO IT, więc realnie dziesięć lat doświadczenia. I powiem Wam jedno: prowadzenie takiej firmy to niekończący się kryzys. Do agencji przychodzi się najczęściej wtedy, gdy coś się pali: brakuje klientów, deadline goni, poprzednia agencja zawiodła. To branża oparta na kryzysie, a nie jak ludzie myślą: na kreatywności.

Wiecie, jaki widzę w sobie największy problem jako partner moich klientów? Ja ich nie okłamuję. Nie obiecuję nierealnych zwrotów jak inni handlowcy. A potem słyszę porównania do wyników, które są możliwe, ale w wyświetleniach, nie w sprzedaży. Ludzie kochają wysokie liczby, niezależnie od tego, co znaczą. Robią wrażenie. Ja znów nie żyję zgodnie z „obyczajem”, bo mówię prawdę o wynikach. I często wprost mówię, że ktoś ich wciągnął na minę.

Gdyby takie uwagi wypowiadał mężczyzna, byłoby inaczej. Jako kobieta jestem „pyskata”, „zarozumiała”, „egocentryczna”. Mężczyzna byłby po prostu kompetentny. Ja staję się „tą złą energią”. Tak usłyszałam, gdy postawiłam granicę i powiedziałam klientowi, że za dodatkowe usługi musi dopłacić, bo wykraczają poza umowę. Dwa tygodnie później klienta już nie było.

Życie. Pracuję zupełnie niezgodnie z etykietą i estetyką „old money”. Uczę się trzymać język za zębami i nie wysyłać maili pod wpływem impulsu, bo jedyna osoba, której wtedy szkodzę, to ja. Dlatego dziś wiem jedno: milczenie bywa bezpieczne. W PRL-u nagradzano je tak samo. Nie odzywasz się – jesteś bezpieczny. Powiesz za dużo i za głośno – licz się z konsekwencjami. 

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka