Pytaliśmy siebie w kółko, mając te 13, 15 czy 20 lat. Bo w wieku 20 lat, mimo dowodu w portfelu, wcale nie czuliśmy się dorośli. Okazywało się, że pełnoletność nie daje pewności ani odpowiedzi na nurtujące nas wciąż pytanie: co dalej?
20, 30 lat później, nadal w momentach, w których mamy czas się zatrzymać, zastanawiamy się: co dalej? Bo wcale nie przestajemy siebie pytać. Zwyczajnie mamy na takie pytania mniej czasu, bo trzeba sobie ze wszystkim jakoś poradzić. Ogarnąć.
„Ogarnianie” to jedno z moich ulubionych słów, które powtarzam jak mantrę od lat, gdy coś się wykrzaczy — czy to w firmie, czy w życiu prywatnym. Ogarnę! I ogarniam. Bo przecież poza śmiercią i nieuleczalną chorobą wszystko jest do ogarnięcia. Część rzeczy szybciej i łatwiej, a inne potrzebują dekady, ale nadal są do zrobienia. To kwestia odpowiednich decyzji, co do których nigdy nie mamy pewności, że są słuszne.
W życiu nie ma jednej dobrej decyzji. Nie ma przepisu na to, że dodanie odpowiednich proporcji kierunków naszego życia i drobnych „przypraw” zapewni nam smak i konsystencję, której oczekiwaliśmy. Jakbyśmy się nie starali, prawda jest taka, że czasem mimo dobrej woli wychodzi nam zakalec, który trzeba jakoś przełknąć. Czasem nie wygląda, ale jest dość smaczny, a innym razem to nie wygląd jest problemem, tylko sam smak. Potrafimy udekorować go na każdy sposób, ale na koniec tylko w naszej głowie wiemy, co tak naprawdę myślimy o tym soczystym wypieku.
Nie ma też dobrych chwil na jakiekolwiek decyzje, bo najczęściej jest tak, że podejmujemy je po prostu przyparci do muru. Nie mamy już wyjścia i musimy wybrać: prawa czy lewa, skręcić czy jechać prosto, wyjąć z piekarnika czy jeszcze nie. Życie i jego inne płaszczyzny nie zatrzymują się i nie czekają na naszą gotowość. Większość ludzi też nie czeka na naszą gotowość, bo jest skupiona na swojej własnej. I w zasadzie dlaczego nie miałaby być, skoro to ich życie i ich gotowość, a nie nasza, są dla nich najważniejsze?
W podejmowaniu decyzji łączymy intuicję, wiedzę, aktualną sytuację i często również przypadek, w którym akurat się znaleźliśmy, a do którego dostosowujemy się szybciej, niż ktokolwiek inny by potrafił. Jednak z wiekiem każda decyzja jest… no właśnie jaka? Łatwiejsza czy trudniejsza? Bo trzeba spalić jakiś most, a może nawet całą wioskę swojego życia, by na jej zgliszczach pojechać dalej. A może w zupełnie inną stronę?
Może trudniej jest w młodości, bo jeszcze tak niewiele wiemy i ciąg przyczynowo-skutkowy jest dla nas o wiele mniej przewidywalny. Obawiamy się, że decyzja nawet nie zbliży nas do tego, jak chcemy, by wyglądała nasza przyszłość. Lęk przed rozczarowaniem w młodości, czy lęk przed zmianą w dojrzałym życiu – co nas powstrzymuje?
Prawda jest jednak, według mnie, taka, że to właśnie zbyt duże skupienie na przeszłości lub przyszłości powoduje, że za mało żyjemy tu i teraz. Czy tracimy to, co najpiękniejsze, na nieustanne gaszenie pożarów? A może to właśnie pożary są esencją naszego życia? Może żyjemy, by czuć ogień, ciepło i adrenalinę w żyłach? Może właśnie o to chodzi, by nie myśleć o jutrze? Może o to chodzi, by brać, a nie wciąż analizować te same decyzje przed nami i błędy za nami?
Więc biorę. Bierzcie. I razem pobłądźmy jeszcze raz, korzystając z teraźniejszości, bo nie mamy pewności, że jakakolwiek przyszłość jest jeszcze przed nami.