No to jak? Jesteś tym wszechwiedzącym specjalistą, który zna każdą literkę w swojej niszy i śpi z podręcznikiem branżowym pod poduszką, czy może generalistą, czyli kimś, kto ogarnia wszystko na tyle, żeby biznes się nie rozpadł w trzy dni?
Prawda jest taka, że podział generalista vs. specjalista to nie moja fanaberia, tylko coś, co rynek pracy od dawna wałkuje. Specjalista to ten od jednego wycinka rzeczywistości, generalista to człowiek od wszystkiego i niczego (np. w mojej branży: który potrafi wpaść na spotkanie, ogarnąć reklamy na Facebooku, poprawić tekst pod SEO, a przy okazji sprawdzić, czy strona klienta przypadkiem nie wita ludzi komunikatem „404”, a na koniec dnia wynegocjować dobre warunki za wynajem biura i przegadać z kadrami nową organizację pracy.
Ja siebie widzę jako generalistę i powiem Ci, że większość przedsiębiorców, choćby się zarzekali, to właśnie generaliści. Najczęściej na początku każdy startuje jako specjalista, ale potem życie szybko pokazuje, że nie ma opcji, żeby ogarniać biznes, siedząc tylko w swoim komfortowym wycinku branży.
Przykład z życia: gdybym była ekspertem wyłącznie od social mediów, to jak miałabym stworzyć kompleksową strategię marketingową? Klient przyjdzie, a ja powiem: „Przepraszam, nie znam się na Google Ads, idź pan do innego okienka”. Albo: „Strona nie konwertuje? No cóż, ale posty na Insta są ładne.”. To by nie przeszło. Muszę wiedzieć trochę o UX, trochę o GA4, trochę o algorytmach. Jasne, nie siedzę godzinami w kodzie ani nie projektuję grafik, ale muszę rozumieć, co się dzieje, żeby w ogóle prowadzić rozmowę.
A świat zmienia się szybciej niż regulamin Facebooka. W lipcu doradzam klientowi, jak ustawić wizytówkę w Google Moja Firma. W sierpniu Google robi swoje „hokus-pokus” i to co mówiłam jest już nieaktualne. No i teraz mam wybór: albo zostaję specjalistką od GMF i codziennie grzebię się w newsletterach Google, albo idę dalej i zatrudniam specjalistów w danych dziedzinach. I wiesz co? Wybieram to drugie.
Tu dochodzimy do zabawnego momentu: ludzie wciąż mylą stanowiska. Informatyk? To przecież programista, prawda? No nie. Tak jak dentysta nie musi umieć zrobić przeszczepu serca, tak informatyk niekoniecznie potrafi napisać aplikację czy postawić stronę. Podobnie jak marketer nie jest grafikiem, a Canva to wcale nie Photoshop, choć niektórzy uparcie w to wierzą. Ale spróbuj to wytłumaczyć klientowi – powodzenia. To trochę jak tłumaczyć, że fiat 126p i ferrari to oba „samochody”, tylko jednak różnica jest drobna… zwłaszcza przy 200 km/h.
Nie oszukujmy się… Prawdziwi liderzy wiedzą, że trzeba umieć odpuścić i patrzeć szerzej. Generalizować. To luksus, na który mogą sobie pozwolić, bo rozumieją, że nie każdy detal zawsze jest wart wojny. Tymczasem ci, którzy próbują udawać specjalistów od wszystkiego, bo dalej tkwią mentalnie w niewolnictwie swojej jednej specjalizacji, kończą na rozkładaniu biznesu na części pierwsze. Analizują każdy śrubek, aż nagle okazuje się, że z całej maszyny został tylko złom i projekt ląduje w grobie.
Mój wniosek? Dobry specjalista to złoto i nic dziwnego, że jego roboczogodzina jest najdroższa. Dlaczego? Bo specjalista zarabia mniej w całości, ale pracuje swoje standardowe 40 godzin tygodniowo. Generalista z kolei potrafi zarabiać 50–80% więcej, tylko że kosztem często 100 godzin tygodniowo. Czyli chodź zarządzający zarabiają najwięcej, jego stawka godzinowa bywa śmiesznie niska, bo licząc faktyczne godziny pracy wychodzi, że szef w
stawce godzinowej to czasem najtańszy pracownik w całej firmie.
Generalista musi znać wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, kiedy powiedzieć: „Dobra, tu wchodzi ekspert-specjalista”. I nie tylko go zatrudnić, ale też mu zaufać. Najgorsze, co można zrobić, to udawać omnibusa. To tak jakby twierdzić, że można być jednocześnie mistrzem kuchni, dietetykiem, kelnerem i sommelierem… w McDonald’sie.
Ja często piszę do swoich pracowników pytania i ich odpowiedzi traktuję jak wyrocznię. Oczywiście, czasem intuicja podpowiada mi inaczej i nie przyjmuję ich rekomendacji, ale to wyjątki. Decyzja zawsze musi być po mojej stronie, tak samo jak odpowiedzialność za to, że jeśli za długo zwlekam, to przede wszystkim ja za to płacę. W większości przypadków muszę im jednak zaufać, bo gdybym zaczęła kontrolować każdy szczegół, to mogłabym od razu wynająć biuro obok i zamieszkać między Excelem, a Asaną. A poza tym każda złotówka, którą im płacę, to złotówka mniej w mojej kieszeni więc naprawdę muszę wierzyć, że wiedzą, co robią.
Nie chodzi o to, by na siłę przypiąć sobie plakietkę „generalista” albo „specjalista”. Chodzi o świadomość, gdzie jesteśmy i po co. Bo jeśli wiesz, kim jesteś i dlaczego działasz właśnie w ten sposób, łatwiej ci podejmować decyzje, odpuszczać nieistotne sprawy i ufać tym, którzy wiedzą więcej.
Świat biznesu nie premiuje udawania. Premiuje jasność, świadomość i umiejętność korzystania ze swoich mocnych stron. Jeśli jesteś specjalistą, to bądź w tym najlepszy. Jeśli jesteś generalistą, to naucz się rozumieć, kiedy odsunąć się krok w tył i wpuścić eksperta. I przede wszystkim: miej odwagę przyznać przed sobą, gdzie naprawdę jesteś i po co.
fot. Jan Lemiech