Blog

Kiedy wszystko idzie nie tak…

9. edycja Street Noise za mną. I mam jedno wrażenie: nieważne, jak długo coś robisz, nieważne, ile serca w to wkładasz, LOS i tak robi z Tobą, co chce. Bez mydła.

Od początku szło pod górę… Termin zderzył się z innymi dużymi zawodami w Polsce, kalendarza nie dało się już zmienić, a ludzie, którzy byli z nami od lat, nie byli dostępni w tym terminie. A to był dopiero wstęp.

W styczniu zostałam Prezesem Stowarzyszenia Freeway. Brzmi dumnie, prawda? W praktyce oznaczało to trzy miesiące tkwienia w papierologicznym zawieszeniu, bo KRS aktualizował dane w tempie żółwia i to na wakacjach. Uchwała mówiła jedno, ale ja formalnie nie mogłam podpisać prawie nic. Przez to mieliśmy związane ręce w kluczowych umowach, a bramkę płatności za akredytacje, mogliśmy sobie co najwyżej powiesić na ścianie.

Street Noise

I dalej: plakaty wydrukowane za późno i w złym rozmiarze, dyplomy z błędami, za mało medali. Ochroniarz uciekł dwa dni przed, ratownik medyczny rozchorował się dzień przed. Na deser Żałoba Narodowa, która uwaliła nam After charytatywny na rzecz Marysi, bo prawdopodobnie wszyscy stwierdzili, że kluby będą zamknięte. I dodatkowo tancerze z walki charytatywnej, którzy odpadali każdego dnia. A jakby tego było mało moja angina ropna, antybiotyk i 20 godzin eventu na żywca. W eventach nie ma zwolnień lekarskich dla organizatora. Kiedy masz anginę, łamie Cię na pół, ale i tak musisz ogarniać logistykę dla setek ludzi.. To właśnie ten moment, kiedy zaczynasz kwestionować swoje życiowe wybory.

I zaczęłam się zastanawiać: czy ja kiedykolwiek miałam normalny event? Taki bez wymiotów ze stresu, bez urazu kolana, bez uszkodzenia kręgosłupa, bo było trzeba szybko przestawić płoty, a ludzi było za mało? Czy to ja jestem sabotażystką własnego zdrowia, bo zawsze ktoś był ważniejszy? Zmęczonego pracownika wypuszczałam wcześniej. Matkom pozwalałam przychodzić później, żeby zdążyły nakarmić dzieci lub mogły wyjść w trakcie odwieźć dzieci ze szkoły. Ja w międzyczasie myłam stopy w umywalce i udawałam, że wszystko jest pod kontrolą wewnętrznie konając, ale na zewnętrz się uśmiechając, bo przecież ja mogę jeszcze trochę wytrzymać, prawda? Zawsze mogę.

Smutna prawda jest taka, że naiwnie wierzyłam w lojalność ludzi i może chodź odrobinę wdzięczności, że odbieram telefony po godzinach, puszczam ludzi wcześniej, doradzam biznesowo czy marketingowo za free, nie licząc każdej minuty każdemu i sobie, wierząc, że to kiedyś to wróci. Nie wracało i nie wraca. Ludzie się najszybciej przyzwyczajają do tego co jest dobre i traktują to jako standard. Dopiero kontrast współpracy z kimś innych może ich sprowadzić na ziemię, ale i tak nie zawsze.

Naiwność bywa ciężka do noszenia. Ale hej, przecież uczymy się całe życie, CZY NIE?

Paradoksalnie, najwięcej wsparcia dostaję od ludzi, którzy płacą mi za moją pracę lub z którymi mam jasne umowy handlowe, a nie od tych, którzy oczekują kolejnych przysług „bo przecież to Twoja pasja”. Tak, pasja też może zmęczyć. Nawet najbardziej wytrwałych i pochłoniętych. 

Kolejna edycja Street Noise pokazała brutalną prawdę: możesz latami wkładać serce, czas i kompetencje w coś, a i tak życie zaserwuje Ci zestaw niefortunnych zdarzeń (i ludzi). Ale to nie tylko opowieść o chaosie eventowym. To gorzka refleksja o relacjach i transakcjach. Gdzie kończy się przyjaźń i obecność w Twoim życiu, a zaczyna interesowność. Bo czym dalej w las, w dorosłe życie, tym ciszej i puściej. 

Bo choć naiwnie chcemy wierzyć w ludzi, czasem trzeba po prostu postawić granicę. Nawet jeśli boli i czasem oznacza koniec, warto powiedzieć stop dla własnego świętego spokoju. 

Na koniec chcę podziękować tym, którzy są zawsze.
Nie wtedy, kiedy jest łatwo, kiedy się świeci, błyszczy i rozdaje medale, ale wtedy, kiedy gasną światła, rozlatują się plany, a ja próbuję utrzymać całość na ślinę i dobre chęci. Tym, którzy potrafią być lojalni, nawet gdy nie ma braw i nikt tego nie widzi. Którzy nie znikają, kiedy zaczyna pachnieć problemami, a nie sukcesem. Tym, którzy rozumieją, że „mam anginę i jestem na antybiotyku” to nie kod na „zostaw mnie samą”, tylko na „trzymaj się blisko, bo walczę o przetrwanie”. Dziękuję Wam. Za obecność, za normalność, za rękę wyciągniętą wtedy, kiedy jest naprawdę potrzebna. To dla Was jeszcze mi się chce. 

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka