Podobno podróże kształcą… i pewnie coś w tym jest, jednak na mnie działają jak mały reset. Pozwalają zapomnieć i skupić się na przeżywaniu czegoś zupełnie innego. Nie chodzi już nawet o skupianie się na pięknie nowych miejsc i dzieleniu się chwilami z ludźmi, ale również o te małe podróżnicze kryzysy, jak gubienie się, spóźnienie na pociąg czy kac po zbyt dużej imprezie. To wszystko sprawia, że nasza codzienność na chwilę się zmienia, wyprowadza nas z poczucia komfortu i pozwala przeżyć coś, do czego tak naprawdę nigdy się nie przyzwyczaimy, bo sytuacja wciąż się zmienia. Inne miejsce, inna kultura i inne wyzwanie.
Choroby, których doświadczyłam w ciągu ostatnich dwóch lat, sprawiają, że tym bardziej nie chcę odpuszczać życia. Nie chcę przejść przez nie jak niewolnik check-boxów do odhaczenia, tylko naprawdę jeszcze wiele przeżyć. Na nowo uczę się żyć w swoim ciele, które po operacjach nie jest już takie samo, ale tym bardziej czuję, że chcę żyć i korzystać z życia. Co mi z nowego samochodu czy nowego domu, kiedy większość czasu spędzałabym na nieustannym zamartwianiu się? Nie chcę żyć przeszłością ani przyszłością, tylko tu i teraz. Oczywiście na tyle odpowiedzialnie, na ile moje narzuty kulturowe i pokoleniowe mi pozwalają, ale przede wszystkim chcę przeżywać każdy dzień tak pięknie, jak tylko jestem w stanie.
W czasach studenckich żyliśmy od weekendu do weekendu, a teraz to dla mnie za mało. Coraz częściej zauważam, jak szybko wszystko mija, dlatego nie chcę tracić pięciu dni, czekając na szósty. Chcę czerpać większą lub mniejszą przyjemność z każdego dnia i mieć codziennie choć jeden powód do uśmiechu. Nie chodzi o to, żeby przetrwać w pracy, ale żeby mieć z niej radość i satysfakcję nawet w chwilach, gdy wydaje się powtarzalna i nudna. Znów spróbować czegoś nowego i wyjść ze strefy komfortu, bo tylko wtedy, kiedy mamy odwagę na zmianę, trafiamy niczym turysta do Palermo. Trochę brudno, trochę tłoczno, a zarazem klimatycznie, pięknie, słonecznie i w doborowym towarzystwie, które sprawia, że się śmiejesz i udajesz, że grasz na instrumencie na włoskiej wyspie.
Rok 2026 to mój rok domknięcia niedomkniętych spraw, ale też rok dla mnie — w skupieniu nie tylko na nowej firmie, ale też na korzystaniu z życia i możliwości, które daje wracające zdrowie. Za niecałe dwa tygodnie lecę do Rzymu, za pięć do Bodrum, później wycieczka z mężem do Szwajcarii, a to wcale nie koniec przygód na ten rok. To, co pokazała mi choroba, to przede wszystkim to, że w mojej pracy — i przede wszystkim jako właścicielka firmy z fajnym, samodzielnym zespołem — potrafię naprawdę praktycznie wszystko załatwić zdalnie. Klienci nie chcą już tracić czasu na ciągłe spotkania face to face, które zastępuje szybki call online. Klienci dostają wyniki, z których są zadowoleni, a ja mam możliwość korzystania z życia bez rezygnowania z pracy. Mam wrażenie, że uczę się życia na nowo i to takiego, które daje mi więcej spokoju niż nieustannych kryzysów.
A Palermo? Zostanie w mojej głowie nie tylko jako cudowny panieński Martyny, ale też jako symbol tego, że jeśli się chce, można naprawdę wiele rzeczy ze sobą pogodzić.