Wiem, muszę zwolnić. Odpocząć. Wiele osób mi to powtarza – i pewnie każda z nich ma rację. Ale wczoraj jedna z troskliwych osób, które do mnie zadzwoniły, powiedziała coś, co nie może wyjść mi z głowy:
„Wzięłaś na siebie tak dużo, że w końcu nawet Twój kręgosłup nie wytrzymał.”
To zdanie uderzyło mnie mocno, bo idealnie oddaje, jak bardzo mój fizyczny ból spleciony jest z emocjami. Siedzi mi w głowie i nie chce wyjść.
Jesienią zeszłego roku razem ze zwolnieniem i lekami przeciwlękowymi trafiłam po raz pierwszy na terapię. To był pierwszy raz w życiu kiedy nie miałam sił do wJuż wtedy codziennie towarzyszył mi ból. A ja, nawet kiedy tracę zmysły z bólu, zagryzam zęby i idę dalej. To nie jest dobra cecha. To cecha, która wyniszcza mnie i moje ciało. Zawsze ktoś był, ważniejszy ode mnie, a moment, w którym ja będę ważna, tak naprawdę nigdy nie przychodził. Zawsze ktoś był ważniejszy ode mnie. To doprowadziło do dwóch rzeczy: nieustannie choruję i nigdy nikogo nie zawiodłam.
Moja psychoterapeutka stwierdziła ostatnio, że mam problem ze stawianiem granic. Według niej, nie mam ich w żadnym aspekcie mojego życia. Nie widzę ograniczeń, które mogą być spowodowane moim brakiem siły, czasu, zasobów finansowych czy nawet zdrowia. Nie potrafię też stawiać granic ludziom, którzy czegoś ode mnie oczekują. Jeśli się oddaję, to najczęściej w całości.
Zrobiła mi pewien test. Poprosiła, żebym wymieniła wszystkie akcje, wydarzenia i formy wsparcia, które od początku roku robiłam za darmo lub charytatywnie. Nie potrafiłam odpowiedzieć.
W skrócie: “ile rzeczy od stycznia zrobiłaś dla kogoś za darmo?” Nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie interesowały jej powody, ani moje tłumaczenia. Liczyło się to, że nie mam dziś ani siły, ani zdrowia, ani zasobów, a mimo to wciąż oddaję. Szczególnie że od miesięcy prowadzę firmę sama, bo jestem w trakcie rozstania ze wspólnikiem. Usłyszałam:
„Nie ma Pani granic nawet w pomaganiu. A ludzie to wykorzystują. I wielu z nich zapewne się na tym dorabia.” Poczułam się wtedy, jakbym była naiwnym dzieckiem. Jakbym sama siebie oszukiwała. Ulegałam presji, rozdawałam swój czas, energię i pieniądze, nie oczekując niczego w zamian bez jakiejkolwiek kontroli czy zastanowienia się, czy w ogóle mogę? A ludzie brali. I brali. A ja? Gdzie byłam w tym wszystkim ja? W tym roku wydałam więcej na pomaganie niż zarobiłam. Więc… co ja mam w głowie? W drugiej pracy nie wypłacono mi nawet 3-miesięcznego okresu wypowiedzenia po 8 latach pracy. Oszczędności zniknęły. To nie było mądre. To było samobójcze emocjonalnie i finansowo.
By dostrzec co sama sobie robię brakiem sprzeciwu musiałam wylądować w szpitalu. Mój kręgosłup powiedział stop. Mówił przecież niejednokrotnie. Rok temu na Dniach Ostrowi kiedy z powodu zbyt małej ilości ludzi dźwigałam płoty w piątek, a w sobotę z urazem i tak przyszłam do pracy, zamiast jechać na SOR, żeby nie zawieść dzieciaków. Na Mikołaju kiedy w usztywniaczu na plecach montowałam światełka, czy kiedy z ortezą na kolanie przemierzałam kilometry dziennie, żeby nie zostawić ludzi samych, przed zakończeniem sezonu. Czy teraz kiedy wzięłam na siebie tyle projektów poza pracą lub charytatywnych, że nie miałam czasu nawet na zastanowienie się: co dalej? Nigdy nie chciałam nikogo zawieść. Dlaczego? Chora ambicja, zaniżone poczucie własnej wartości? Z perspektywy czasu czuję, że nie było warto. Naiwnie sądziłam, że kiedy budujemy latami coś dobrego i pięknego, to przetrwa. Nieprawda. Okazuje się, że wystarczy kilka miesięcy, by zniszczyć to, co najważniejsze, czyli ludzi i relacje.
Psychoterapeutka dała mi zadanie: do końca roku zakaz podejmowania jakichkolwiek działań charytatywnych i darmowych. Mam tylko dokończyć to, co zaczęłam. I tyle. Gdy powiedziałam to w pracy, moja dyrektor wykonawcza… wstała i zaczęła klaskać. Ze szczęścia. To chyba mówi samo za siebie. Przegięłam. W pomaganiu. Zawsze, wszędzie, za wszelką cenę. Umiar zaczyna się od samoświadomości, której mi najwyraźniej brakuje.
Jaki z tego morał?
Zostało mi 12 dni do decyzji, czy ktoś pokroi mi kręgosłup. Oczywiście decyzji neurochirurga, nie mojej. Dano mi jasno do zrozumienia, że szansa na uniknięcie operacji jest raczej nikła. Dysk wysunął się za mocno, by miał jeszcze szansę się cofnąć, ale cóż. Leżę i liczę na cud. A leki? Nie pomagają. Od tygodnia właściwie nie chodzę. Co najwyżej drepczę do łazienki. Mama, mąż i przyjaciele dowożą obiady i kawę (chwała, że są). Siedzę przed komputerem całymi dniami i zastanawiam się: dlaczego sama sobie to zrobiłam? Jednocześnie walczę o firmę na zakręcie, jakiego jeszcze nie znałam i coraz bardziej dociera do mnie, że w sprawie spółek jaskółki miały rację. Jazda bez trzymanki. Dosłownie i w przenośni.