Od ponad dziesięciu lat pracuję z przedsiębiorcami i przez ten czas zauważyłam jedną rzecz, która powtarza się z zadziwiającą regularnością, niezależnie od tego, czy rozmawiam z właścicielem niewielkiej lokalnej firmy, prezesem spółki zatrudniającej kilkadziesiąt osób czy osobą, która dopiero stawia pierwsze kroki we własnym biznesie. W pewnym momencie niemal każdy dochodzi do etapu, który sama nazywam okresem przetrwania, czyli momentu, w którym przestaje wierzyć w proces, a zaczyna czekać na cud. Nagle cała energia, którą wcześniej poświęcał na codzienne budowanie firmy, zostaje skierowana w jedno wyobrażenie, że za chwilę wydarzy się coś wyjątkowego, co raz na zawsze odmieni jego sytuację.
Pojawia się przekonanie, że wystarczy zdobyć jednego dużego klienta, stworzyć jeden produkt, nagrać jeden film, uruchomić jedną kampanię reklamową albo spotkać jedną właściwą osobę i od tego momentu wszystko zacznie działać zupełnie inaczej. Sprzedaż wystrzeli, problemy znikną, a firma w końcu zacznie rozwijać się praktycznie sama. W teorii brzmi to pięknie, bo każdy z nas lubi historie o spektakularnych sukcesach, które wydarzyły się z dnia na dzień, jednak praktyka pokazuje, że właśnie takie myślenie bardzo często staje się największym hamulcem rozwoju przedsiębiorcy.
Przy niemal każdym nowym projekcie słyszę podobne zdanie: „Marta, czuję, że to będzie to”. I za każdym razem uśmiecham się pod nosem, bo doskonale pamiętam dziesiątki identycznych rozmów sprzed kilku miesięcy czy kilku lat, które kończyły się ogromnym rozczarowaniem. Nie dlatego, że projekt był zły. Nie dlatego, że klient okazał się niewypłacalny albo rynek był nieprzygotowany. Rozczarowanie pojawiało się dlatego, że ktoś przypisał jednej decyzji odpowiedzialność za całą swoją przyszłość, jakby kilka lat pracy, doświadczenia i codziennych wyborów nagle przestało mieć znaczenie.
Oczywiście, że zdarzają się sytuacje, które naprawdę zmieniają bieg wydarzeń. Zdarza się klient, który otwiera kolejne drzwi, inwestor, który pozwala rozwinąć skrzydła, czy projekt, który wynosi markę na zupełnie inny poziom. Nie zamierzam udawać, że takie historie nie istnieją, bo istnieją i sama znam osoby, którym przydarzył się taki biznesowy przełom. Problem polega jednak na tym, że większość ludzi widzi wyłącznie efekt końcowy, a nie drogę, która do niego doprowadziła. Widzą przedsiębiorcę, który w ciągu roku zwiększył przychody kilkukrotnie, ale nie widzą poprzednich dziesięciu lat, podczas których każdego dnia wykonywał swoją pracę trochę lepiej niż dzień wcześniej, uczył się na własnych błędach, inwestował wtedy, kiedy było go na to najmniej stać i podejmował decyzje, które często odbierały mu spokojny sen.
Mam czasami wrażenie, że uwielbiamy wierzyć w szczęście, bo ono zwalnia nas z odpowiedzialności. Jeżeli sukces drugiego człowieka był dziełem przypadku, to nie musimy zadawać sobie trudnych pytań o własną konsekwencję, systematyczność czy odwagę. Łatwiej powiedzieć, że komuś się udało, niż przyznać, że przez ostatnie dwa lata bardziej czekaliśmy na zmianę niż ją tworzyliśmy. Tymczasem prawda jest dużo mniej romantyczna, ale za to zdecydowanie bardziej sprawiedliwa. Szczęście rzeczywiście istnieje, tylko że najczęściej przychodzi do ludzi przygotowanych.
To trochę jak z dietą, ponieważ mechanizm jest niemal identyczny. Dwa tygodnie bardzo restrykcyjnej diety potrafią przynieść spektakularny efekt, który świetnie wygląda na zdjęciach publikowanych w mediach społecznościowych, ale równie często po kilku kolejnych tygodniach kończy się efektem jojo i powrotem do punktu wyjścia. Znacznie mniej widowiskowa jest osoba, która przez dwa lata codziennie wychodzi na spacer, śpi trochę dłużej, je trochę rozsądniej i ćwiczy regularnie, bo jej przemiana nie nadaje się na sensacyjny nagłówek, ale to właśnie ona najczęściej zostaje z nią na lata. Biznes działa dokładnie w ten sam sposób. To nie spektakularne zrywy budują stabilne firmy, tylko setki małych decyzji, których nikt nie zauważa, bo są po prostu codziennością.
Największym problemem przedsiębiorców nie jest więc brak gamechangera. Największym problemem jest to, że przez wiele miesięcy, a czasem nawet lat, żyją w oczekiwaniu na niego, odkładając najważniejsze decyzje na później. Nie zatrudniają ludzi, bo czekają na większe przychody. Nie podnoszą cen, bo czekają na lepszy moment. Nie inwestują w marketing, bo najpierw chcą zdobyć większego klienta. Nie publikują treści, bo jeszcze nie są gotowi. Nie rozwijają firmy, bo wierzą, że najpierw wydarzy się coś, co wszystko uprości. Problem polega na tym, że ten idealny moment najczęściej nigdy nie nadchodzi, ponieważ przyszłość buduje się właśnie z tych decyzji, które dziś wydają się najmniej spektakularne.
Po latach pracy doszłam do wniosku, że największym gamechangerem, jakiego spotkałam w biznesie, nigdy nie był klient, kampania reklamowa ani nawet wyjątkowy pomysł. Największym przełomem zawsze był moment, w którym właściciel firmy przestawał czekać na zmianę i sam stawał się jej początkiem. To właśnie wtedy zaczynały dziać się rzeczy, które z perspektywy innych wyglądały jak szczęście, choć w rzeczywistości były efektem setek wcześniejszych decyzji, których nikt poza nim nie widział.