Chciałabym zacząć od tego, że kocham studiować, a raczej spełniać swoje marzenia, które zdecydowanie wolę traktować jako cele, niż jako marę senną. Lubię wiedzieć więcej i poznawać to, co sprawia, że jestem jednocześnie bardziej świadoma i – w niektórych obszarach – kompetentna. Nigdy jednak nie staram się na siłę sięgać do wszystkich możliwych dziedzin, by po troszeczkę znać się na wszystkim. Umieć po trochu wszystkiego to dla mnie jak nie umieć niczego.
Wiem, wiem – drastycznie to ujęłam, ale to moje poglądy i, na szczęście, jeszcze mam do tego prawo.
O co mi właściwie chodzi? Chyba o rekrutację, którą ostatnio prowadziłam. Zauważyłam niepokojący trend w społeczeństwie studiowania każdego tematu po troszeczkę. Ludzie próbują wyedukować się w tak wielu dziedzinach, często za głównych mentorów traktując mówców z TikToka i influencerów. Czasem sięgają po książki – ale nie po Sokratesa, Freuda czy Cialdiniego, lecz po dzieła tych samych influencerów, których obserwują na Instagramie. I tutaj może Was zaskoczę – choć dla mnie jest to oczywista oczywistość, aż głupio mi o tym pisać – bardziej wartościową osobą jest ta, która wyspecjalizowała się w jednej, dwóch, może trzech dziedzinach, które i tak często się zazębiają.
A teraz przenieśmy się na chwilę do początku XX wieku i porozmawiajmy o czymś, co miało kluczowy wpływ na nasz świat – o fordyzmie. System produkcji masowej wprowadzony przez Henry’ego Forda był przełomem, który zmienił gospodarkę i sposób pracy. Zamiast rzemieślniczej precyzji – standaryzacja. Zamiast twórczego procesu – linia montażowa. Ludzie, zamiast tworzyć, zaczęli powtarzać te same ruchy, stając się trybikami w wielkiej maszynie produkcyjnej. Z jednej strony – postęp, dostępność dóbr, lepsze płace. Z drugiej – monotonia, brak kreatywności, wyczerpanie.
I tu wracam do mojego punktu wyjścia – czy nie żyjemy dzisiaj w zmodernizowanej wersji fordyzmu intelektualnego? Powtarzamy utarte schematy, uczymy się tylko tego, co akurat jest na fali, konsumujemy wiedzę w pigułkach, które są łatwe do przełknięcia, ale niewiele wnoszą. Influencerzy stali się naszymi taśmami montażowymi – przekazują informacje w szybkim, uproszczonym formacie, a my, zamiast zagłębiać się w temat, przyswajamy to, co podane w 15-sekundowym wideo.
Może więc warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić – czy chcemy być jak robotnicy Forda, wykonujący powtarzalne ruchy, czy może jak wynalazcy, którzy nie boją się specjalizować, zgłębiać tematów i stawiać na jakość wiedzy, a nie jej ilość? W końcu lepiej wiedzieć jedno dobrze niż wszystko po trochu. Czasu jest za mało, by zgłębić każdy temat od podszewki, a co dopiero zweryfikować jego źródło.
Kiedyś sądziłam, że książka i praca włożona w jej wydanie weryfikują jakość zawartości. Jak bardzo byłam naiwna! Dziś wydanie e-booka kosztuje grosze, a gotowe treści wydawnictwa (nawet zwykłe drukarnie) mogą zrealizować szybko i tanio. Druk przestał być synonimem prestiżu…
Co więc może weryfikować wartość treści?
Przede wszystkim dokładny research i coś, co w zunifikowanych przekazach mediów społecznościowych jest coraz rzadsze – myślenie i analiza. Łączenie faktów i wyciąganie wniosków.
Jeśli chcesz uczyć się biznesu nawet z filmików na TikToku, rozejrzyj się po otoczeniu nadawcy. Czy jego dom rzeczywiście świadczy o prestiżu i pieniądzach, które – według niego – tak łatwo zdobyć? Czy osoba opowiadająca o cudownym życiu z pasji nie musi przypadkiem dorabiać na tzw. chałturach? Czy samozwańczy „superpsychoterapeuta” (oczywiście bez dyplomu), który radzi, jak żyć, nigdy nie został psychoterapeutą z jakiegoś konkretnego powodu? A może świetnie odnajduje się w… no właśnie, w czym? Tego już nie wiemy. Za wiarygodnością tych osób powinny stać symbole realnego doświadczenia i kwalifikacji.
Nie chodzi o to, by zdyskredytować kogokolwiek, ale by wieczni studenci nauczyli się mądrze i rozsądnie weryfikować treści, które przetwarzają. Pamiętajmy – nie słowa świadczą o tym, kim jesteśmy, lecz to, co robimy i jak żyjemy.
Mój drogi wieczny studencie! W pewnym momencie, jeśli chcesz czerpać satysfakcję z życia zawodowego, musisz podjąć decyzję zgodną ze sobą i skupić się na rozwoju konkretnej ścieżki. Najlepiej na początku jednej. Nie powinieneś porównywać się do rówieśników na starcie, ale do osób z podobnym stażem. Jeśli ja mam ponad 15-letnie doświadczenie w marketingu, a ktoś w moim wieku dopiero dwa lata, to dopóki nie nadrobi lat nauki i praktyki, nie będzie w tym samym miejscu. Brak doświadczenia i umiejętności? Cóż… to zazwyczaj oznacza najniższą krajową. To właśnie każda weryfikowalna umiejętność zwiększa naszą wartość na rynku pracy. Lepiej opłacani są specjaliści w jednej dziedzinie – za to wybitni – niż osoby z CV wypełnionym krótkotrwałymi doświadczeniami, zmienianymi średnio co dwa lata (choć dla niektórych dwa lata to już efekt wow!).
Drogi wieczny studencie, nauka i rozwój to wartości, które warto pielęgnować, ale prawdziwa wiedza nie polega na powierzchownym zbieraniu informacji z każdej możliwej dziedziny. W świecie, gdzie influencerzy i social media serwują gotowe „pigułki mądrości”, łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że szybka konsumpcja treści równa się edukacji. Tymczasem to nie ilość, lecz jakość i specjalizacja budują realną wartość. Zamiast powielać schematy intelektualnego fordyzmu i zadowalać się wiedzą z TikToka, warto postawić na gruntowną analizę, refleksję i pogłębianie kompetencji w wybranych obszarach. Weryfikacja źródeł, krytyczne myślenie i doświadczenie są kluczowe w ocenie wartości przekazywanych treści.
W świecie zawodowym liczy się nie ilość wpisów w CV, lecz umiejętności, które da się realnie wykorzystać. Specjalizacja i konsekwentne rozwijanie się w danej dziedzinie prowadzą do sukcesu bardziej niż przypadkowe skakanie między tematami. Zatem czas przestać być wiecznym studentem wszystkiego i stać się mistrzem w tym, co naprawdę się dla Ciebie liczy (a jak nie wiesz co… no cóż to kwestia podjęcia wewnętrznej decyzji niż spędzenia całego życia na zastanawianiu się).