Blog

Drogi pamiętniczku, dziś o samoakceptacji – której nie mam!

Drogi pamiętniczku!

Od kilku dni algorytmy na różnych platformach zasypują mnie utworem Julii Wieniawy „Kocham” i o ile sam utwór bardzo mi się podoba, jego implementacja w stosunku do mnie jest nie lada wyzwaniem. W zasadzie chodzi w nim o jedno – akceptację. Jednak jak zaakceptować siebie, kiedy wciąż zauważa się głównie to, co jest nie tak?

Ostatnio moja psychoterapeutka zapytała mnie, co w sobie lubię. Włosy, usta i stopy – koniec. Reszta – najlepiej do wymiany. I błagam, nie piszcie mi w komentarzach tekstów w stylu: „No co Ty, jesteś piękna”, czy „Przestań tak źle o sobie myśleć”, „Nie doceniasz siebie” – bo tutaj nie chodzi o Was, tylko o mnie i moją relację z samą sobą. Co więcej, gdy zapytała mnie o intelekt, karierę, charakter czy pasję, okazało się, że w zasadzie nic to nie zmienia, bo w tych obszarach również nic nie przyszło mi do głowy. Przecież to oczywiste, że jestem za głupia i wciąż za mało wiem, kariera jest nawet nie w połowie drogi do moich celów, charakter ciężki, a pasja wciąż w niekończącym się procesie postprodukcji.

Publiczne mówienie w niekorzystny sposób o sobie w czasach rosnącej popularności self-care i self-love może spotkać się z ostracyzmem społecznym. Bo to przecież popularyzowanie złych wzorców. Co więcej, work-life balance przestał być wyborem, a stał się koniecznością. Coraz częściej bezmyślnie przytakujemy ludziom mówiącym o balansie życiowym, jednocześnie pożądając życia tych, którzy są na szczycie, choć ich droga do sukcesu nie miała nic wspólnego z balansem. Być może teraz go osiągnęli, ale aby to zrobić, najczęściej wcześniej musieli się nazapieprzać. Spójrzmy prawdzie w oczy – na olimpiadzie nie startują osoby, które trenują 3–4 razy w tygodniu, wielkich willi nie stawiają ludzie pracujący 8 godzin dziennie (5 dni w tygodniu), a matka nie zignoruje płaczu głodnego niemowlęcia tylko dlatego, że to jej moment na self-care (no chyba że ma nianię). Utopijne wizje życia oparte są na wzorcach ludzi, którzy swój status czy pozycję osiągnęli ścieżką nie mającą nic wspólnego z work-life balance i tłum pożądający tego samego, nie podejmując jednak chęci do trudów i wyzwań z takim życiem związanych.

Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli. Nie jestem przeciwniczką samoakceptacji – ja jej pragnę (chodź nie znam) i pracuję nad nią w terapii, ale nie chciałabym też kiedyś usiąść na laurach, myśląc, że wszystko, co chciałam zrobić, już zrobiłam i teraz czas na odpoczynek. Podobno statystyki mówią, że ludzie bez celu szybciej umierają, a ja zamierzam pożyć dość długo. Zdecydowanie wolę gonić króliczka.

Zastanawiam się, ile w trendzie nagrywania filmików do fragmentu Wieniawy na TikToku jest faktycznej samoakceptacji, a ile obłudy, by tylko zawalczyć o większy zasięg? Obiektywnie ładne i młode dziewczyny, w pełnym makijażu, śpiewają refren o bliznach i niedoskonałościach, pokazując i skupiając się na atutach swojego ciała. Gdybym ja to robiła, nagrywałabym głównie włosy i stopy. Fajnie, że to robią, i fajnie, że to ma zasięgi, ale z drugiej strony powoduje, że wiele kobiet zapada się w sobie, myśląc: „Czy tylko ja siebie nie akceptuję?”, “Czy tylko ja nienawidzę swoich rozstępów, odstającego brzucha i cellulitu?” Stwarzamy pozory świata, w którym każdy uwielbia swoje życie, swoje ciało i jest wdzięczny za wszystko, co daje mu rzeczywistość. Dochodzimy do momentu absurdu, w którym jesteśmy wdzięczni za śmierć przyjaciela, bo dzięki niej doceniliśmy życie. Pierdolę taką wdzięczność – ja jednak wolę, żeby moi bliscy nie umierali.

Czym jestem starsza, tym bardziej dostrzegam problem w bezmyślnym tłumie powtarzającym popularne hasła bez chwili refleksji. Nawet w pozornie pozytywnym przekazie, pozytywne mogą być jedynie pozory. Mam nadzieję, że kiedyś znajdę się w punkcie, w którym z uśmiechem zaśpiewam piosenkę Wieniawy, ale na razie pozwolę sobie tylko jej słuchać i nie udawać, że życie w samoakceptacji jest tak banalne jak zrobienie jajecznicy na śniadanie – bezrefleksyjnie i na automacie. Samoakceptacja to nie coś, co można po prostu „włączyć” jak światło. To proces – czasem trudny, czasem bolesny, ale niezbędny. Nie chodzi o to, by powtarzać modne frazesy, ale by rzeczywiście poczuć się dobrze ze sobą. Jeśli kiedykolwiek tam dotrę, będę wiedziała, że nie było to dziełem przypadku, ale wynikiem pracy, zrozumienia i autentycznej refleksji.

Marta Wójcik – Właścicielka DC Marketerzy | Marketerka | Reżyserka