Podczas jednego ze spotkań biznesowych w 2019 roku zostałam zaproszona do udziału w pewnym przedsięwzięciu. Kocham nowe wyzwania, dlatego nie zdążyłam nawet oficjalnie się zgodzić, a już zaczęłam działać. Tego samego wieczoru, a właściwie w nocy, miałam gotowy konspekt i projekt realizacji. Dodatkowo przekonałam pozostałą część zespołu, aby przyspieszyć wydarzenie o miesiąc, ponieważ dzięki temu lepiej wpisywało się w kalendarz najważniejszych wydarzeń biznesowych. Zaczęłam produkcję.
W ramach tego jednego projektu udało mi się dotrzeć do tak wielu znaczących osób, które zgodziły się wystąpić w roli prelegentów, że sama nie mogłam w to uwierzyć. Nie zatrzymałam się nawet wtedy, gdy wcześniej nie udało się to moim starszym kolegom. Miałam wówczas poczucie, że mogę wszystko, a świat leży u moich stóp, bo oni nie dali rady, a ja tak. Doskonale pamiętam moment podziękowań ze strony pomysłodawcy wydarzenia. Siedziałam w pierwszym rzędzie i nie mogłam się doczekać, aż ze sceny padnie moje nazwisko, byłam taka dumna. Gdy usłyszałam podziękowania za wkład merytoryczny, za którym w ogromnej mierze stałam, zrobiło mi się wręcz słabo. Za moją pracę inicjator projektu podziękował komuś innemu.
Ta osoba wstała i oczywiście miała swój wkład. Gdybym jednak miała określić proporcje, jej zaangażowanie wynosiło jeden, a moje pięć. Nadal uważam, że zasługiwała na podziękowanie — ale zaraz po mnie. Nie miałam już wątpliwości, że moje nazwisko ze sceny nie padnie. Gdy tylko część oficjalna dobiegła końca, wstałam tak szybko, jak mogłam, powiedziałam, że się spieszę i zrezygnowałam ze wspólnego lunchu. Grzecznie się pożegnałam i wyszłam. Wsiadłam do samochodu i zaczęłam płakać tak głośno, że musiałam wyjechać z parkingu, ponieważ w moją stronę ruszył ochroniarz. Czułam się skompromitowana, niedoceniona i naiwna jak dziewczynka, którą można wykorzystać do wykonania najtrudniejszej pracy, a później przypisać jej efekty wpływowemu mężczyźnie.
Oficjalnie nigdy nie okazałam swojego zażenowania ani niesmaku, trzymałam tzw. klasę. Przez kolejne dwa dni odbierałam telefony od gości i prelegentów. Gratulowali mi, a jednocześnie kierowali przytyki w stronę inicjatora wydarzenia, zauważając, że nie zostałam w żaden sposób wyróżniona przy projekcie, który w całości wyprodukowałam.
Przez kolejny tydzień unikałam kontaktu z człowiekiem, który postanowił przedłożyć własne interesy nad mój wkład i naszą relację. Efektem była jego niezapowiedziana wizyta w moim biurze. Przyszedł, by podziękować mi za pracę i porozmawiać o tym, co dalej zrobimy z NASZYM ogromnym sukcesem. Z NASZYM sukcesem, za który podziękował trzydziestu innym osobom, ale nie mnie. Nie nazywałabym się Marta Wójcik, gdybym nie zachowała kamiennej twarzy. Tymczasem ledwo potrafiłam opanować drżenie rąk. Z pełnym zaangażowaniem opowiadałam mu o telefonach i gratulacjach, których nie słyszał. O osobach, które zwykle nigdy nie dzwoniły, a tym razem nie mogły się powstrzymać, ponieważ były pełne podziwu dla tego, co zrobiłam. Chciałam, żeby zrozumiał, że bez względu na to, ile pracy wkładałby w PR, wszystkie osoby, które cokolwiek znaczyły w świecie biznesu, doskonale wiedziały, czyim były gościem. Wiedziały, kto je zaprosił, przekonał do przyjazdu i zadbał o skalę tak dobrego eventu.
Od tamtego momentu kilkukrotnie, podczas różnych spotkań, pojawiał się temat kolejnej edycji tego przedsięwzięcia. Za każdym razem dobitnie go ignorowałam.
Pięć miesięcy później zrealizowałam nowy projekt pod własną marką. Tym razem to ja stałam na scenie i dziękowałam innym. Osoby, do której miałam żal, nawet tam nie było. Nie została zaproszona.
Mój brak pewności siebie wynikał na początku z jednego powodu: potrzebowałam, aby ktoś inny potwierdził, że dałam radę. Sama satysfakcja mi nie wystarczała. Chciałam, żeby o moich osiągnięciach dowiedział się świat i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie było w tym nic złego, bo mam prawo oczekiwać, że praca, którą wykonałam, zostanie przypisana mnie, a nie komuś innemu. Do dziś nie byłam w stanie powiedzieć tej osobie, że to doświadczenie znacznie zmieniło moje podejście, a utracone zaufanie już nie wróciło.
Z perspektywy czasu widzę jednak, że brak podziękowania i brak zaproszenia mnie na scenę mogły wynikać z braku pewności siebie właśnie u tego mężczyzny. Być może nie był w stanie przyznać, że potrzebował młodszej kobiety, z mniejszym doświadczeniem, aby zrealizować tak duży projekt, że bez niej on i jego zespół nie daliby rady. Nie wiem, czy nie potrafił przyznać tego przed światem, czy przede wszystkim przed samym sobą. Jedno jest pewne – to wydarzenie dało mi większego kopa i więcej wiary w siebie niż jakiekolwiek inne. Zrozumiałam, że ktoś poczuł się mną zagrożony. Mną — prostą dziewczyną z Uhowa.
Zdecydowanie nie bierz ze mnie przykładu i tego jaka byłam 7 lat temu. Naucz się wierzyć w to, co robisz, także wtedy, gdy nie towarzyszy Ci wtórujący tłum. Mam wrażenie, że tylko wtedy istnieje szansa na prawdziwy spokój.