Próba zdefiniowania samej siebie i odnalezienia recepty na własne szczęście jest trudniejsza, niż się wydaje. Zacznijmy od tego, że nie wystarczy zidentyfikować ucisku w gardle, który pojawia się, gdy czujemy niepokój. Objawy bardzo często są fizyczne. Bezsenność, lęki, ciągła frustracja i złość, bo życie znów nie jest takie, jak chcemy.
Tylko że często nie do końca wiemy, jak właściwie chcemy, żeby wyglądało.
Własne mieszkanie? Okej — mamy. Większy dom? Jest. Zmiana pracy? Zmieniamy. Nowa firma? Otwieramy. Kolejny próg finansowy miesięcznego dochodu? Jest. I kolejne checkboxy, które odhaczamy. Dają poczucie chwilowego, pozornego szczęścia. Krótkie „udało się”, które znika szybciej, niż obiad z niedzielnego stołu.
Bo gdzieś po drodze zaczynamy mylić moment radość ze szczęściem. A szczęście ma w sobie coś dużo spokojniejszego, bardziej statycznego i mniej efektownego. Przecież to, co stabilne, nie daje takich strzałów adrenaliny i satysfakcji. Satysfakcję czerpie się z przekroczenia mety, a nie ze stania za nią. Małe zwycięstwa? Odhaczamy i zapominamy. Przykrywa je pranie, faktury, spotkania, telefony, zakupy i cała reszta codzienności, która nigdy nie pyta, czy mamy dziś siłę.
Oczywiście są rzeczy, które ciągną w dół tak mocno, że cała reszta przestaje mieć znaczenie. Choroba, śmierć bliskiej osoby, kataklizm czy świat, który znowu zaczyna płonąć przez ego i chore ambicje władców koniecznie marzących o zapisaniu się w historii. Ale później oswajamy się nawet z najgorszą możliwą codziennością. Jeśli na coś nie mamy wpływu, możemy tylko oswoić świat, oswoić dzień i jakoś przetrwać.
Bo w pewnym momencie wchodzimy w tryb przetrwania. A kiedy już przetrwamy, wracamy do pytania: „czy ja właściwie jestem szczęśliwa?”.
Mamy wszystko. No, prawie wszystko. Ale jeśli mamy na chleb i rachunki, a nawet na siłownię, weekendowy wypad, wakacje, płatny urlop i opiekę zdrowotną, która może nie jest idealna, ale przynajmniej nie zadłuża nas na resztę życia, to już naprawdę nie jest źle.
Oczywiście wszystko zaczyna się i kończy na zdrowiu naszym i naszych bliskich. Bo kiedy nie ma zdrowia, to z całej reszty życia trudno realnie skorzystać, ale nawet wtedy, gdy podstawy są zabezpieczone, nadal czujemy niedosyt, bo przecież wciąż może być lepiej.
A lepiej jest wrogiem dobrego. Dobre brzmi tak przeciętnie, a przecież prawie nikt nie chce być przeciętny. Chcemy więcej i więcej, jeszcze więcej. Tylko czy ten apetyt kiedykolwiek się kończy?
Czy ilość przebodźcowania, sztucznego świata Internetu i mediów społecznościowych już zupełnie wypaczyła nam głowy? Czy opowieści wyrwane z kontekstu o „lepszym życiu” potrafią dać nam jeszcze chwilę radości? Czy nasze i kolejne pokolenia będą już zawsze funkcjonować pod wpływem porównywania się do obrazka, który nie ma ani początku, ani końca, ani prawdy?
Pamiętacie modne kiedyś fototapety? Takie z plażą na całą ścianę. Stawiało się pod nimi fotel, żeby przez chwilę poudawać przed samym sobą, że jest się gdzieś indziej. Leżało się przy ławie, na starym fotelu i patrzyło w telewizor na inne, nie nasze życie. Teraz leżymy na prawdziwej plaży. Na tej samej, którą pokolenie naszych rodziców naklejało sobie na ścianę. I co robimy? Patrzymy w mały ekran telefonu, zastanawiając się, czy na pewno wybraliśmy wystarczająco dobre wakacje. Czy hotel jest dość dobry. Czy plaża jest dość ładna. Czy zdjęcie będzie dość: “wow”. Czy inni pomyślą, że nam się udało.
Pokolenie chore na „za mało”.
Za mało? To patrz.
Spierdolę znowu wszystko, spalę za sobą ziemię i sięgnę po więcej. Bo przecież może tam będzie lepiej. W kolejnym mieszkaniu. W kolejnej pracy. W nowej wersji mnie, która będzie bardziej zdyscyplinowana, bardziej atrakcyjna, bardziej bogata, bardziej spokojna, bardziej spełniona. Bardziej jakaś. Byle nie taka jak teraz.
Tylko że jeśli nie umiem nazwać tego, co naprawdę mnie boli, to będę zmieniać dekoracje, a nie życie, bo nienasycenie człowieka nie zawsze wygląda jak ambicja. Czasem wygląda jak chaos w pięknym opakowaniu. Jak wieczny rozwój, który jest tylko elegancką nazwą lęku, a potem zostają zgliszcza po relacjach, po zdrowiu, po spokoju i po życiu, które mogło być dobre, tylko my za wszelką cenę chcieliśmy, żeby było spektakularne.
Może więc zanim znowu coś zmienimy, warto się zatrzymać. Nie po to, żeby odpuścić marzenia. Nie po to, żeby osiąść w bylejakości. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę chcemy więcej, czy po prostu nie umiemy docenić tego, co już mamy.
Bo czasem problemem nie jest życie. Czasem problemem jest głód, którego żadna kolejna zdobycz nie nakarmi.