Blog

3 tygodnie do ślubu!

Jak każda panna młoda staram się dokładnie zaplanować ślub i starać się, by nic mnie nie mogło mnie zaskoczyć. Rzeczywistość jest jednak taka, że moja skłonność do przyciągania dziwnych zdarzeń sprawia, że zaczęłam wierzyć, że może zdarzyć się już dosłownie wszystko.

Wieczór panieński to wspaniała tradycja. Panna młoda – czyli w tym wypadku ja – ma szansę spotkać się z koleżankami i wspólnie poobgadywać narzeczonego, pozbierać dobre rady od bardziej doświadczonych koleżanek i przede wszystkim bawić się w najlepsze całą noc. Moja impreza była wspaniała, a muzyka w klubie nie dawała mi usiąść choćby na chwilę. Koło 3.00 nad ranem wystarczyło o 1 za dużo zgięcie kolana, by skręcić i naderwać wiązadło. Stara powracająca kontuzja postanowiła odezwać się na miesiąc przed ślubem. Następnego dnia zamiast dalszej przygody wylądowałam z moją starszą na SORze. No cóż. Orteza, kule i nowy cel: stanąć o własnych siłach na szpilkach w 4 tygodnie. Do obowiązków przedślubnych doszły codzienne ćwiczenia na kolano i rehabilitacja. Trochę przerażająco, a trochę śmiesznie. W końcu na pewno wieczór panieński przejdzie do historii jako ten, na którym młoda skończyła na sorze.

Wiadomo, że na własnym ślubie chce się wyglądać jak najlepiej, dlatego zawierzamy się w ręce różnych specjalistów, żeby poprawić wszystko co nam przeszkadza. Ja chciałam doprowadzić również swoje zęby do porządku. I tak też zrobiłam. Nie wiedzieć czemu ząb, który zrobiłam właśnie się złamał. Tak sam z siebie, po prostu pewnego dnia odpadł. Między zabiegi rehabilitacyjne muszę teraz wrzucić wizyty u stomatologa i „dosztukowanie sprawy”.

Kolejnym zabawnym elementem są zaproszenia, które doszły i są przepiękne, ale data potwierdzania znalazła się na nich nieprawidłowa. Kiedy zrobiliśmy dodruk dla gości, z którymi się nie wyrobiliśmy z nowym terminem, zaproszenia ponownie przyszły do nas ze tym samym terminem. I 3 poprawka. Oczywiście firma, u której zamawialiśmy przyjęła reklamację bez problemu, jednak okres oczekiwania sprawił, że puściliśmy część w wersji, którą już mieliśmy.

Kilka miesięcy temu znalazłam sobie wymarzone buty, w których chciałam pójść do ślubu. Na 6 tygodni przed ślubem, w trakcie moich prób rozchodzenia ich postanowiłam zaimpregnować skórę. Farba na skórze postanowiła wejść w interakcję chemiczną (według szewca) i odeszła na czubkach obu butów. Trafiła mi się trefna para i widać cena (bo zapłaciłam dużo za dużo) nie miała tutaj znaczenia. Niestety nie ma już nigdzie drugiej takiej samej pary, dlatego musiałam postawić na inne, które nie wyglądają już tak jak sobie wcześniej wymarzyłam.

Kiedy pracujesz w 2 miejscach, a weekendami studiujesz i nieustannie robisz filmy na zliczenia, pogodzenie tego z przygotowaniami do wesela zaczyna graniczyć z cudem. Zostały nam dokładnie 22 dni, a ja nadal nie mam sukienki, a mój narzeczony garnituru i butów. Obrączki zamówiliśmy w tym tygodniu, zresztą tak samo jak wiele innych rzeczy. Świat i życie nie zatrzymało się, byśmy mieli czas przygotować się do właśnie tego, tak ważnego dla nas dnia. Wręcz przeciwnie – przyspieszył. Oczywiście wierzę, że pójdę do ślubu w szpilkach o własnych siłach i bez kul, goście dopiszą mimo błędów w zaproszeniach, moja sukienka będzie przepiękna, a jego garnitur będzie leżał idealnie. A co z resztą? Jakoś to będzie. Przecież żaden ślub i żadne wesele nigdy nie będzie idealne i bez skazy tak jak życie nie jest. Trzeba je
brać z całym dobrodziejstwem inwentarza, które przynosi i iść dalej. Nie ważne co się jeszcze posypie przed i w trakcie imprezy. Dla mnie liczy się to, że z tym wszystkim będę radzić sobie z moim najlepszym przyjacielem i człowiekiem, którego wkrótce będę miała zaszczyt nazywać własnym mężem.

Marta Wójcik